Sądy w Chorwacji i Hiszpanii wydały werdykt przeciw kredytom we frankach, nakazując bankom by przyjęły spłatę według pierwotnego kursu i rozwiązały umowę. Czy to coś poważnego?
REKLAMA
Całkiem niespodziewanie, całkiem daleko od nas, sądy w Chorwacji i Hiszpanii wsadziły właśnie kij w mrowisko. Na wniosek klientów unieważniły ich kredyty zaciągnięte we frankach szwajcarskich, uznając je za „złożone produkty finansowe o charakterze spekulacyjnym”, a bankom nakazały zaakceptowanie zwrotu nominalnej kwoty po takim kursie, jaki obowiązywał w momencie zawarcia transakcji.
Póki coś takiego postulowali politycy, sprawa nie wyglądała zbyt poważnie (wiadomo, polityka). Kiedy jednak w grę wchodzą wyroki sądowe – choćby pierwszej instancji, od których pewnie banki się odwołają – rzecz staje się poważniejsza. W końcu prawo jest prawem. A skoro rozwiązanie umowy kredytowej nakazał sąd chorwacki, równie dobrze może to zrobić sąd polski.
Sądzę jednak, że polscy kredytobiorcy nie powinni wiązać zbyt wielkich nadziei z zagranicznymi wyrokami. Budzą one wiele wątpliwości i nie sądzę, by utrzymały się w sądach wyższych instancji, które zajmą się odwołaniami.
Po pierwsze, kredyt walutowy nie jest „złożonym produktem finansowym”. Jest produktem dość prostym, opartym na klarownych zasadach i nie sądzę by ktokolwiek z nas mógł twierdzić, że nie rozumie jego konstrukcji. Pomijam tu techniczne sztuczki związane np. z narzucaniem klientom niekorzystnego kursu wymiany, bo one oczywiście są możliwe do skutecznego zaskarżenia.
Po drugie, kredyt walutowy nie jest „produktem spekulacyjnym”. Jest produktem, z którym wiąże się specyficzne ryzyko związane ze zmianami kursów walut, oczywiście bardzo trudnymi do przewidzenia. To nie czyni go jeszcze „produktem spekulacyjnym” – w końcu podpisując jakąkolwiek, najprostszą nawet umowę finansową, bierzemy na siebie jakieś ryzyko, związane z przyszłymi zmianami kursów, stóp procentowych, stopy inflacji, naszych dochodów. I sam fakt, że te wskaźniki zmieniły się akurat w stronę dla nas niepożądaną nie wydaje się wystarczającą podstawą do rozwiązania umowy (podobnie, jak nie można jej rozwiązać gdyby te wskaźniki zmieniły się w drugą stronę).
Klienci banków mogą się natomiast skarżyć na coś innego. Od kilku lat obowiązuje w całej Unii dyrektywa (MiFID) która zobowiązuje banki do dokładnego informowania klienta o ryzyku, jakie jest związane z konkretną umową. Jeśli więc ktoś w przekonujący sposób wykaże, że udzielający kredytu walutowego bank nie przedstawił mu takiej informacji, bez wątpienia może liczyć na poważną rozprawę sądową ze sporymi szansami wygranej.
Czy rzeczywiście tak było, czy też nie, trudno powiedzieć. Ale nie wątpię, że dzięki instrumentowi pozwów zbiorowych wielu Polaków spróbuje przetestować linię obrony banków.
A w ogóle to uważam – i podkreślę, że zawsze to mówiłem, również wówczas gdy było to niepopularne – że jeśli człowiek chce spać spokojnie, to powinien zaciągać pożyczki w tej walucie, w której zarabia. A wobec tego albo kredytów walutowych w ogóle należałoby w Polsce zakazać, albo obwarować je dodatkowymi zabezpieczeniami, które zmniejszyłyby ich atrakcyjność.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 9.08.2013
