W jednym z komentarzy do poprzedniego wpisu padło stare pytanie: czy lepiej, żeby nadmiernie zadłużony kraj ogłosił od razu bankructwo, czy rozkładać to na raty?
REKLAMA
Dobre pytanie. Po pierwsze, trzeba ustalić czy dzięki oszczędnościom jest w ogóle szansa uniknięcia bankructwa (pełnego lub częściowego). Jeśli jest, wybór staje się bardziej skomplikowany. Wtedy mimo wszystko lepiej chyba zachować wizerunek kraju solidnego, płakać i płacić, licząc na inne korzyści. Ale tak czy owak chodzi tylko o zjawisko przejściowe. W roku 1990 Polska poprosiła wierzycieli o 50% redukcji długu (od 10 lat części nie obsługiwała), Węgry zdecydowały się wszystko płacić. Nas kosztowało to kilka lat inwestycyjnej posuchy, podczas gdy na Węgry szerokim strumieniem płynęły prywatne inwestycje. Mówi się, że np. Japończycy nie akceptują faktu odmowy spłaty długu, więc przez lata w Polsce nie powstawały japońskie fabryki. W połowie lat 1990-tych generalnie jednak nam zapomniano i wybaczono. W sumie więc chyba opłaciło nam się prosić o redukcję zadłużenia. Choć trzeba pamiętać o wyjątkowych okolicznościach początku lat 1990-tych: mieliśmy argument, że pieniądze zmarnowali komuniści i silne wsparcie polityczne, głównie z USA.
Jeśli jednak wygląda na to, że i tak krajowi nie uda się uniknąć częściowego lub pełnego bankructwa, wybór sprowadza się do tego, czy woli jedno potężne załamanie, a po nim za stosunkowo krótki czas odbicie i wzrost (jak w Argentynie), czy woli uniknąć aż tak silnego załamania, za to mieć 10 lat recesji lub powolnego wzrostu związanego z oszczędnościami (jak proponuje się Hiszpanii czy Portugalii; o Grecji nie mówię, bo to chyba przypadek beznadziejny). Jeśli woli załamanie i powrót szybkiego wzrostu, powinien natychmiast ogłosić pełne bankructwo.
Trzeba jednak pamiętać, że per saldo w każdej sytuacji się traci. Argentyna zbankrutowała 10 lat temu, straciła w 2 lata ok. 15% PKB, potem jednak powróciła na ścieżkę wzrostu i w ciągu następnych 10 lat podwoiła swój PKB. Ale i tak przed załamaniem miała PKB na mieszkańca o 5% wyższy niż Polska, a teraz ma 15% niższy.
Jednym słowem, nadmiernie zadłużony kraj tak czy owak płaci poziomem życia. Wybrana metoda może pozwolić nieco zmniejszyć koszty (i odbiór społeczny – pewnie lepiej raz rąbnąć o ziemię, a potem się odbić niż tkwić 10 lat w stagnacji/recesji), ale nie ma sposobu by ich uniknąć. Bo to nie są koszty kuracji, tylko odłożone w czasie koszty nadmiernego zadłużenia.
