I na końcu na temat tego, dlaczego nie należy wyrabiać sobie mylnego zdania na temat roli USA w świecie
REKLAMA
Dawno, dawno temu, w czasach głębokiego komunizmu, opowiadano sobie żart o czlowieku, który zapragnął zobaczyć Stany Zjednoczone. Poszedł więc do UB poprosić o paszport, a tam kiedy podejrzliwie zapytano go o powód, odpowiedział: „Chcę zobaczyć jak w USA umiera kapitalizm”. Tak się zdziwili, że dali paszport. Ale kiedy wrócił i zapytali go: „No i jak umiera?”, rozmarzony odpowiedział tylko: „Jaka piękna śmierć…”.
Stanom Zjednoczonym wielokrotnie grożono już upadkiem. W latach 1960-tych twierdzono, że przegrywają globalny wyścig gospodarczo-militarny z ZSRR. W latach 1970-tych wydawało się, że rzucą je na kolana kraje zasobne w ropę naftową (zwłaszcza poniżył je wówczas rewolucyjny Iran). W latach 1980-tych mieli je wykupić Japończycy. Po chwili spokoju w latach 1990-tych, pojawiły się z kolei wizje że już wkrótce Amerykanów zdominują Chińczycy. A kiedy w dodatku 5 lat temu wyszło na jaw, że słynny amerykański system bankowy opierał swój rozwój na ryzykanckich, spekulacyjnych operacjach, że USA są chronicznym dłużnikiem wydającym więcej pieniędzy niż zarabiają, że dolarowi grozi potężne osłabienie, a wielkim bankom bankructwo lub przejęcie przez państwo – mogło się wydawać, że głoszone od dekad przepowiednie o upadku Ameryki wreszcie się zrealizują.
Parafrazując jednak Marka Twaina można stwierdzić, że pogłoski o śmierci Ameryki są przesadzone. Operując po mistrzowsku – nie licząc się z interesami reszty świata – drukarkami do produkcji pieniądza, USA wymigują się z kryzysu (który same sprowokowołały) znacznie mniejszym kosztem niż Europa. Indeksy giełdowe, które na świecie ciągle jeszcze dołują w porównaniu z poziomem przedkryzysowym, w USA niemal się odbudowały. Amerykańskie instytucje finansowe po ostrym, ale krótkotrwałym kryzysie twardo stanęły na własnych nogach i spłaciły rządową pomoc (rząd zresztą prawdopodobnie odzyska niemal całą kwotę, którą 5 lat temu przeznaczył na ratowanie banków). Wall Street wraca do formy, a Krzemowa Dolina nigdy formy nie straciła.
To oczywiście nie oznacza, że w USA nie ma problemów. Poziom zadłużenia sektora prywatnego i publicznego jest za wysoki, a już wkrótce rozpocznie się kolejna odsłona walki prezydenta z Kongresem o zgodę na podwyższenie limitu zadłużenia rządu. Dalekowschodnia konkurencja depcze amerykanskim koncernom po piętach. Odnowione, dobre samopoczucie instytucji finansowych ponownie może grozić beztroskim nieliczeniem się z ryzykiem w pogoni za szybkimi zyskami. Rządowego długu nie da się w nieskończoność zwiększać. A biliony wypuszczonych na rynek dolarów są problemem, z którym w jakiś sposób będzie się musiał zmierzyć bank centralny, jeśli nie chce dopuścić do wybuchu światowej inflacji.
Ale, per saldo, elastyczność amerykańskiej gospodarki, zręczność finansistów i odwaga przedsiębiorców zwyciężają. Jakkolwiek denerwuje to państwa BRIC czy Zachodnią Europę, to USA dyktują nadal warunki gry w globalnej gospodarce. I jeśli dziś światowe rynki żyją znów w stanie niepewności, to dotyczy ona ryzyka operacji wojskowej przeciw Syrii (i jej potencjalnych konsekwencji dla rynku ropy) oraz zachowania Fed w sprawie dalszej emisji dolarów. A decyzje w obu sprawach są podejmowane w Waszyngtonie.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 30.08.2013
