W walce rodziców z rządem, obie strony mają swoje racje. Ale problemu nie rozwiąże żadne referendum - może to tylko zrobić zdrowy rozsądek.
REKLAMA
Na fali referendalnej aktywności, unoszącej się od pewnego czasu nad Polską, ostatnio na samą górę wypłynęło hasło: „ratujmy maluchy!”. Trzeba przyznać, że w stosunku do innych akcji referendalnych, tym razem mamy przynajmniej do czynienia z prawdziwym problemem, który niepokoi wielu ludzi, i z prawdziwą, społeczną aktywnością. Jest to sytuacja odmienna niż w przypadku referendów kleconych przez polityków pragnących zastąpić na stanowiskach innych polityków, albo przynajmniej usiłujących w ten sposób wywalczyć dla siebie dłuższy okres wymarzonej obecności w mediach.
Sprawa z objęciem obowiązkiem szkolnym 6-latków jest poważna i zasługuje na poważną dyskusję. Z obu stron sporu (umownie: rząd – rodzice) pada cały szereg argumentów, które są generalnie słuszne i powinny być wzięte pod uwagę przy podjęciu decyzji. I cały szereg kontrargumentów, które mogą owe słuszne argumenty osłabiać.
Rząd ma w ręce naprawdę silny atut. Międzynarodowe badania naprawdę pokazują, że odpowiednio zorganizowane wychowanie przedszkolne i szkolne małych dzieci daje świetne wyniki, pozwalające im lepiej radzić sobie w życiu. Pamiętam na przykład badania sprzed kilku lat, pokazujące że widoczną wówczas gołym okiem różnicę w jakości publicznej edukacji w Danii i Wielkiej Brytanii (na korzyść Danii) dawało się w znacznej mierze wyjaśnić właśnie solidną pracą przedszkoli i szkół w odniesieniu do małych dzieci. Jeśli dobrze pamiętam, człowiek który urodził się w ubogiej rodzinie w Wielkiej Brytanii, z prawdopodobieństwem ponad 90% w całym swym życiu pozostawał ubogi. W Danii owo „dziedziczenie” biedy udało się w ogromnym stopniu wyeliminować, właśnie dzięki wyrównującemu szanse systemowi przedszkolno-szkolnemu, obejmującemu bardzo małe dzieci. Na marginesie warto zauważyć że systemem takim w niedużym stopniu zainteresowane są rodziny bogatsze i lepiej wykształcone, które i tak potrafią zapewnić swoim maluchom dobry start bez pomocy państwowego systemu edukacyjnego.
Kontrargumenty na temat „kradzieży dzieciństwa” i „przeciążenia wymaganiami” nie brzmią więc specjalnie przekonująco, zwłaszcza w sytuacji gdy w zdecydowanej większości państw europejskich normą jest zaczynanie nauki szkolnej w wieku 6 lat, a w niektórych krajach wręcz 5 lat. Wiedza naprawdę przydaje się w życiu, a rok wcześniejszego startu do życia zawodowego to raczej korzyść, niż strata.
Z drugiej jednak strony, padają kontrargumenty na temat nieprzygotowania szkół na przyjęcie 6-latków. Zarówno techniczno-organizacyjnego, jak programowego. Jeśli jest to prawdą, rzeczywiście lepiej całą rzecz odłożyć do czasu, aż będziemy na nią przygotowani.
Mimo to nie wydaje i się, by referendum w sprawie przyjęcia lub pogrzebania pomysłu miało duży sens. Jeśli rząd uważa – a ja się z nim zgadzam – że 6-latki powinny chodzić do szkół, nie powinien ustępować. Jeśli jednak uczciwie uzna, że argumenty o nieprzygotowaniu systemu szkolnego są zasadne, zamiast forsować szybki termin powinien określić ścieżkę wprowadzenia reformy rozłożoną np. na 1-2 lata i zróżnicowaną regionalnie (nie ma powodu, by 6-latki w całej Polsce czekały, aż będzie gotów do wprowadzenia reformy obszar najsłabiej przygotowany). Bo ważne reformy należy wprowadzać w sposób odpowiedzialny i dobrze przygotowany - choćby po to, by ich już na starcie nie wykoleić.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 25.10.2013
PS. Dlaczego uważam, że referendum w tej sprawie nie ma dużego sensu? Bo gdyby przeprowadzić referendum w sprawie usunięcia z programu szkół matematyki, z dużym prawdopodobieństwem zakończyłoby się sukcesem. Kiedyś zresztą już się udało wspólnym wysiłkiem usunąć matematykę z matur, została przywrócona w znacznej mierze pod presją wyższych uczelni (przerażonych efektami tego błogosławieństwa).
