Wygląda na to, że koalicja przeprowadzi przesunięcie wieku emerytalnego do 67 lat. Za cenę pewnego "rozmiękczenia" projektu. I oczywiście za cenę bardziej lub mniej trwałego obniżenia popularności.
REKLAMA
Kilka rzeczy nie ulega jednak wątpliwości:
Po pierwsze, wiek emerytalny trzeba przesunąć w górę, innego wyjścia po prostu nie ma, jeśli ludzie mają mieć na starość znośne emerytury a państwo nie ma zbankrutować. Pokazuje to prosta arytmetyka, z którą musi pogodzić się każdy kto ma dość wiedzy, umiejętności i zdrowego rozsądku, aby dokonać niezbędnych wyliczeń.
Po drugie, chodzi oczywiście o faktyczny wiek przechodzenia na emeryturę, a nie prawny zapis. Innymi słowy, teoretycznie można by ludziom pozostawić swobodę wyboru, licząc na to że przymus ekonomiczny zmusi ich do dłuższej pracy. Boję się takiego rozwiązania. Bo jednym można taką swobodę pozostawić, a innym niekoniecznie (przykład: odchodzący z kopalni górnicy, którzy całą sowitą odprawę - która miała im pozwolić ułożyć sobie życie z inną pracą lub własną firmą - wydali zaraz na samochody i drogie wakacje, a po kilku latach znaleźli się w punkcie wyjścia). Boję się nieodpowiedzialności wielu ludzi - a kto twierdzi, że nie ma takiego problemu, jest ślepy, albo kłamie. Obawiam się, że przez własną nieodpowiedzialność część ludzi wpadnie w nędzę, a inni nie będą mieli wyjścia i będą się musieli na nich składać. No i oczywiście boję się rozkwitu szarej strefy (bo po przejściu na przyspieszona emeryturę zniknie jakakolwiek motywacja, by pracować dalej legalnie, a jednocześnie niski poziom emerytur będzie pchać do pracy). Innymi słowy, uważam że trzeba podnieśc wiek emerytalny, a nie opowiadać banialuk że ludzie sami będą wiedzieli, kiedy przejść na emeryturę. Bo niektórzy na pewno nie będą, albo zrobią to w sposób szkodliwy dla wszystkich innych.
Po trzecie, nie sądzę by proponowane emerytury cząstkowe stanowiły znacznie "rozmiękczenie" reformy. Ważne jest, aby proponowane rozwiązanie nie zachecało do skorzystania, a raczej (finansowo) zniechęcało, tak jak to się robi na całym świecie (np. w USA obniżając emeryturę o ponad 0.5% za każdy miesiąc wcześniejszego odejścia). Myślę, że przy stosunkowo niskich emeryturach na które tak czy owak mogą liczyć Polacy, niełatwo będzie podjąć decyzję o rezygnacji nawet z kilkuset złotych emerytury - a z takim wyborem będą się musieli liczyć wybierający emerytury cząstkowe (nie licząc konieczności przetrwania 2 lat za połowę kwoty - oczywiście w przypadku kobiet wybór będzie bardziej dramatyczny). Jeśli ludzi jednak aż tak przeraża liczba "67", można im taką swobodę wyboru zagwarantować, licząc na to że większość będzie rozsądna i z niej nie skorzysta.
Po czwarte, próba zrobienia referendum w tej sprawie to kłamliwy unik polityków, którzy nie chcą sami podejmować decyzji. Wiadomo, że ludzie zagłosowaliby "NIE" - bo kto o zdrowych zmysłach głosowałby za tym, czy chce pracowac ciężej, albo czy podatki mają być wyższe? Po prostu arytmetyka pokazuje, że to musi być zrobione - i żadne referendum nic w tym nie zmieni (podobnie można by zażądać referendum w sprawie, by zimą w Polsce nie padał śnieg, albo 2+2 nie równało się 4).
Po piąte, zgadzam się oczywiście z tym, że samo podniesienie wieku nie rozwiązuje jeszcze problemów. Trzeba uelastycznić rynek pracy, zadbać o edukację i ochronę zdrowia pracowników, stworzyć odpowiednie warunki do pracy dla ludzi w starszym wieku.
No i po szóste, na demagogiczne pytanie: "czy mogę sobie wyobrazić 67-latka/latkę pracujących w supermarkecie" mogę dać prostą odpowiedź - nie trzeba sobie wyobrażać, wystarczy pojechac do USA lub Skandynawii i sobie popatrzeć. Skoro ludzie muszą pracować do tego wieku, aby miec znośną emeryturę, to muszą. Wolę żyć w kraju ludzi dłużej pracujących, niż przymierających głodem.
PS. Wiem, że po tym wpisie doczekam się prawdopodobnie wielu nieprzychylnych komentarzy. Trudno, wierzę że 2+2=4 i jestem gotów ponosić tego konsenwencje.
