Wznawiam aktywność... na początku 3 artykuły o współnym mianowniku: Ukraina, chociaż właściwie 2 z nich na temat Polski. Najpierw o tym, co powinna nam Ukraina przypomnieć...

REKLAMA
Kiedy Polacy narzekają, że unijne regulacje zbyt utrudniają korzystanie z funduszy… kiedy Niemcy narzekają, że muszą spłacać długi krajów Południa… kiedy Francuzi narzekają, że ich miejscom pracy zagrażają polscy hydraulicy… kiedyHiszpanie narzekają, że Europejski Bank Centralny nie chce skupywać bez ograniczeń ich obligacji, bo sprzeciwiają się temu Niemcy… kiedy Bułgarzy narzekają, że Bruksela zbyt ostro karze ich za zjawiska korupcji… kiedy Rumuni narzekają, że Holendrzy nie chcą się zgodzić na przyjęcie ich do strefy Schengen… kiedy Brytyjczycy narzekają, że brukselska biurokracja pochłania zbyt wiele pieniędzy i produkuje zbyt wiele dyrektyw i rozporządzeń… kiedy Węgrzy narzekają, że Unia przesadnie wtrąca się w ich wewnętrzne konstytucyjne spory… kiedy Czesi narzekają, że muszą w kosztowny sposób dostosowywać swoją gospodarkę do wspólnej polityki klimatycznej… kiedy Grecy narzekają, że „dyktat Brukseli” zmusza ich do oszczędności, na które nie mają już ochoty…
…jest w Europie naród, który jest gotów manifestować na ulicach, stać na mrozie, ścierać się z uzbrojoną po zęby brutalną policją, demonstrować przeciwko rządzącym, po to by wolno mu było do owej Unii choć się zbliżyć. Dla Ukraińców umowa o stowarzyszeniu to nie zwykły międzynarodowy traktat, ułatwiający handel i inwestycje. Dla nich to historyczny wybór, ruch oddalający ich spod wielowiekowej kurateli Rosji i zbliżający do Zachodu.
Problem w tym, że w Europie chyba mało kto rozumie, o co Ukraińcom chodzi. Bardzo szybko przyzwyczailiśmy się widzieć w Unii głównie wielkie targowisko (albo ładniej mówiąc, wspólny rynek) na którym każdy stara się osiągnąć maksymalne korzyści gospodarcze. Dziś wszyscy kręcą nosami, bo korzyści nie są tak wielkie jak kiedyś, a koszty – bolesna pozostałość po popełnionych w przeszłości błędach – calkiem bolesne. My akurat jesteśmy względnie zadowoleni, bo w „kryzysowym” budżecie na kolejne 7 lat zdołaliśmy wywalczyć bardzo duże pieniądze. Ale i u nas nie brak zdecydowanych przeciwników Unii, widzących w niej albo „eurokołchoz”, albo „euroszatana” dybiącego na nasz naród.
Ukraińcy powinni przypomnieć nam, że tak nie jest. Że Unia to wielki, historyczny sukces Europy, który zapewnił kontynentowi niespotykany w dziejach okres pokoju, współpracy i wzrostu dobrobytu. Dwadzieścia lat temu to my byliśmy tam, gdzie dziś są Ukraińcy. I marzyliśmy o wejściu do Unii, które miało przypieczętować nasz powrót do rodziny krajów wolnych, europejskich, demokratycznych, wolnorynkowych, a na dłuższą metę i dostatnich. Tak jak wtedy dla nas droga do Unii wydawała się trudna i daleka, ale jedyna wyobrażalna – tak dziś może wydawać się Ukraińcom, pragnącym by i ich kraj dołączył do tej rodziny.
Gospodarka Ukrainy jest dziś słaba, kraj niszczony korupcją i nieudolnością władz, świadomość narodowa rozdarta na linii wschód-zachód. Ale jeśli ktoś tak bardzo chce ten stan zmienić i skierować kraj w stronę Europy, należy zrobić wszystko by mu pomóc. Kto wie? Może nawet kosztem jakichś „polskich miliardów”, choćby części tych pieniędzy, które sami dostajemy z Unii. A których nadmiaru na pewno nie mamy.

Opublikowane w Rzeczpospolitej, 6/12/2013