Na czym naprawdę polega dramatyzm sytuacji Ukrainy? I dlaczego bzdurami są opowieści (również części polskich polityków) jak to dzielnie walczą w Brukseli o to, żeby Unia dała Ukrainie środki na przeciwstawienie się rosyjskiemu szantażowi?

REKLAMA
Mój poprzedni felieton („Na dalekiej Ukrainie…”) tylko pozornie odnosił się do problemów sąsiada. W rzeczywistości był o nas samych – i o tym, jak łatwo zapomnieliśmy że Unia to nie tylko katalog korzyści oraz zobowiązań gospodarczych, ale przede wszystkim cywilizacyjny wybór, który bez wahań poparła zdecydowana wiekszość Polaków.
Teraz zajmę się jednak sprawą Ukrainy i napiszę o jej wyborze. Jest to wybór fundamentalny, choć pozornie ograniczony do spraw ekonomicznych. Koniec końców, jest to jednak wybór cywilizacyjny, w którym rachunek krótkookresowych kosztów i korzyści musi ustąpić miejsca refleksji nad kierunkiem, w którym naród chce budować swoje państwo.
Sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Dwie dekady zaniedbań i braku odwagi w podejmowaniu gruntownych reform spowodowały, że gospodarka ukraińska stoi dziś nad przepaścią. Kraj jest pozbawiony sprawnych instytucji rynkowych i do cna skorumpowany. Nie udało się ani stworzyć warunków, które przyciągnęłyby znaczące inwestycje zagraniczne (nie licząc odgrywających specyficzną rolę inwestycji rosyjskich), ani warunków które pozwoliłyby na rozkwit prywatnej przedsiębiorczości (ukrywa się więc ona w ogromnej szarej strefie). Nie udało się przebić z ofertą eksportową na rynki światowe, a Rosja pozostaje głównym odbiorcą ukraińskich produktów i głównym celem wyjazdów „za chlebem”. Co gorsza, eksport opiera się na surowcowo-półproduktowej monokulturze, w której główną rolę odgrywają metale i półprodukty chemiczne. A konkurencyjność tego eksportu zależy głównie od cen, które Ukraina płaci za import energii z Rosji.
Energia to największe źródło zmartwienia. Horrendalne marnotrawstwo i nieefektywność powodują, że Ukraina – wytwarzając trzykrotnie mniejszy PKB od Polski – zużywa cztery razy więcej gazu ziemnego, który w większości musi importować z Rosji. Odcięcie dostaw tego gazu, albo radykalny wzrost jego ceny (zresztą już dziś nie odbiegającej od poziomu światowego) może łatwo doprowadzić do gospodarczej katastrofy. Słowem, z tego punktu widzenia sytuacja Ukrainy przypomina naszą sytuację, ale z lat 1980-tych. Nie stworzywszy alternatywnych źródeł dostaw energii musi liczyć się z najbardziej brutalnym rosyjskim szantażem. Po to, by ją wtrącić w głęboki kryzys Rosja nie musi wcale „zaprzestać wspierania bratniego narodu” (bo faktycznie ani kopiejką Ukrainy nie wspiera); wystarczy podnieść ceny gazu do zawyżonego poziomu i zamknąć granice dla importu.
Dramatyzm sytuacji wynika też z faktu, że w porównaniu z sytuacją z końca lat 1980-tych Zachód jest znacznie mniej gotów do wspierania Ukrainy, niż był to gotów robić w naszej sprawie, a Rosja bardziej zdeterminowana by za wszelką cenę Ukrainę utrzymać.
Czy jest wyjście z tej sytuacji? Jeśli Ukraina chce wybrać model europejski, musi być gotowa na wszelkie wyrzeczenia, które może to spowodować. Nie ma „taniej drogi” do Unii – jest droga mozolna, która wymaga przede wszystkim odważnych i bolesnych reform. Nie ma też sposobu, by Unia „zrekompensowała” Ukrainie skutki ewentualnych rosyjskich sankcji, choć może oczywiście coś niecoś zrobić by zmniejszyć ich dolegliwość. Ale tak czy owak, trudna decyzja pozostaje w rękach Ukraińców. Jeśli są świadomi konsekwencji i gotowi działać, muszą zaryzykować. I nie ma co ich oszukiwać, że jest inaczej.

Opublikowane w Rzeczpospolitej, 13/12/2013