Wydaje się, że jakąkolwiek propozycję składa dzisiaj rząd, większość (?) Polaków patrzy na nią bez przychylności... nawet jeśli służy ich interesowi. Ale jest też prawdą że na każdej ktoś zyskuje - a ktoś traci.
REKLAMA
Każdy kij ma dwa końce, każda marchewka ma zielony wiecheć z jednej strony, a pożywną pomarańczową bulwę z drugiej (według klasyfikacji Unii: owoc). Tak jest zwłaszcza w gospodarce, gdzie trudno zaproponować cokolwiek co odpowiada wszystkim.
Ot, weźmy chociaż kilka z ostatnich zapowiedzi premiera dotyczących planów na rok 2014 - i odzew, jaki wzbudziły.
Choćby problem darmowych podręczników do pierwszej klasy. Jeśli popatrzeć na ekonomiczny interes rodziców, wydaje się oczywisty. Konkurencja na rynku podręczników w tym akurat przypadku nie prowadziła wcale do spadku, ale do wzrostu kosztów i cen, w dodatku musieli je dotąd pokrywać z własnej kieszeni. Oczywiście, że dzięki temu podręczniki były bardziej efektownie wydawane, a szkoły korzystały na tym, że konkurujący wydawcy muszą dodać do podręcznika pakiet zachęt marketingowych (stąd własnie wyższe koszty). Ale trudno wykazać, że edukacyjna jakość podręczników wiele na tym zyskała.
No tak, ale wystarczy zapytać o zdanie wydawców, aby się dowiedzieć że oznacza to stratę wielu miejsc pracy (nie wspominając o mniejszych zyskach). Albo zapytać szkoły, które zgodnie stwierdzą że dla nich oznacza to utratę otrzymywanych za darmo od wydawców pomocy naukowych (oczywiście nie za darmo, tylko wliczonych w cenę książek kupowanych przez rodziców – ale niewątpliwie potrzebnych). Albo spytać nauczycieli, którzy odpowiedzą że stracą w ten sposób szkolenia i zachęty fundowane przez promujących swoje podręczniki wydawców (oczywiście powiedzą raczej, że stracą w ten sposób niesłychanie ważną swobodę wyboru książki, która ma przekładać się na lepszą edukację).
Albo inny problem: umowy śmieciowe. Tu rozkład kosztów i korzyści jest jeszcze bardziej skomplikowany. Na uzusowieniu umów zyska niewątpliwie pracownik, na którym pracodawca dla większego zysku wymusił umowę śmieciową, pozbawiając go wielu praw pracowniczych. Zyska zatrudniony na etacie, któremu nie będzie groziło, że zostanie zastąpiony tańszym pracownikiem zatrudnionym w „formule elastycznej”. Zyska budżet państwa, bo mniej będzie musiał dopłacać do ZUS. Ale może stracić wiele firm, których nie będzie stać na pokrycie zwiększonych kosztów zatrudniania, i wielu pracowników (zwłaszcza tych nisko wykwalifikowanych) którzy mogą przez to stracić pracę.
I tak jest niemal wszędzie. Krótsze kolejki do lekarzy? Aplauz pacjentów. Ale jeśli – zgodnie ze słowami premiera – ma to być osiągnięte nie poprzez więcej nakładów, ale lepszą organizację wymuszającą wzrost efektywności i większe nakłady pracy w publicznej służbie zdrowia, u pracowników tej szacownej gałęzi gospodarki wzbudzi to mieszane uczucia. Alkomaty w każdym samochodzie? Zadowolenie u tych, którzy uważają że dla większego bezpieczeństwa warto ponieść dodatkowe koszty (jeśli eksperci potwierdzą sensownośc pomysłu) i oburzenie większości kierowców, których wprawdzie stać na zakup auta i benzyny, ale zapłacenie za alkomat spowoduje ich finansową ruinę.
I tak to jest z ekonomią – co jednego grzeje, drugiego parzy. Ale ma to i swoje wygodne strony. Cokolwiek rząd zaproponuje, zawsze można wybrać taka optykę, by to pochwalić (jak się chce), albo zganić (jak się ma taką ochotę).
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 17.01.2014
