W konfrontacji Rosji z Zachodem padają słowa przypominające już trochę czasy zimnowojenne. Pojawiły się też pierwsze - symboliczne - sankcje. Czy Rosja może pozwolić sobie na wojnę gospodarczą z Zachodem? Jakie atuty ma w ręku? I co to oznacza dla polityki tego kraju względem Ukrainy?

REKLAMA
Obecna dramatyczna sytuacja na Ukrainie i agresywna polityka Rosji względem tego kraju skłania do głębszych refleksji na temat związków siły gospodarczej i możliwości działania kraju. Zarówno siły, jak i słabości - bo wpływ ma i jedno, i drugie.
Nie dotyczy to Ukrainy. Tu odpowiedź jest jasna –głównych powodem kłopotów Ukraińców z budową państwa zdolnego przeciwstawić się obcym naciskom jest brak skutecznych reform, które w ciągu minionych 20 lat ustawiłyby gospodarkę na solidnych fundamentach.
Chodzi o Rosję. Prezydent Putin w swojej retoryce może udawać, że ma w ręce wszystkie atuty. W rzeczywistości ma zarówno karty mocne, jak takie które tylko osłabiają pozycję Rosji. W słownej - jak dotąd - konfrontacji z Zachodem twierdzi, że stoi na czele gospodarczej potęgi, która może sobie pozwolić na zerwanie z Zachodem, a nawet uderzyć w jego interesy kontrsankcjami (np. dość absurdalnymi groźbami, jak to zachęci rosyjskich inwestorów do wyprzedaży amerykańskich obligacji, albo zrezygnuje z używania dolarów jako waluty w której przetrzymywana jest znaczna część rezerw walutowych Rosji).
W rzeczywistości, pozycja gospodarcza Rosji jest na dłuższą metę mocno niepewna. Rosja ma oczywiście jeden potężny atut – największe na świecie zasoby naturalne. Ale poza tym niewiele więcej. Nie jest wcale finansową potęgą, choć taką usiłuje udawać. Jest całkowicie zdana na wahania i kaprysy rynków finansowych, na którzych rządzi Zachód (głównie Amerykanie). Nie posiada ani odpowiednich technologii, ani zasobów kapitału niezbędnego do dostarczenia swoich cennych surowców odbiorcom – może to zrobić tylko we współpracy z Zachodem (jak dotąd promotorami tej współpracy byli głównie Niemcy). A jako dostawca surowców Rosja jest na dłuższą metę uzależniona od popytu zgłaszanego przez odbiorców. I choć stara się intensywnie rozbudowywać sieć gazociągów i wiązać europejskich klientów długookresowymi umowami, dobrze wie że Amerykanie są w stanie pokrzyżować te plany utrudniając budowę dalszych połączeń (jak to zrobił w latach 1980. Ronald Reagan, nakładając skuteczne sankcje na zachodnie firmy które usiłowałyby pomóc ZSRR w budowie nowych gazociągów) i intensywnie wykorzystując nowe technologie wydobycia (zwłaszcza otwierając rynek gazu z łupków – może to być działanie niezbyt szybkie z przyczyn natury technologicznej, ale dla Rosji zabójczo groźne). Na „zimnej wojnie” z Zachodem na dłuższą metę Rosja może nie tylko stracić, ale nawet zafundować sobie katastrofalny kryzys gospodarczy.
Oczywiście mowa tu o długookresowym wyniku walki. Na krótką metę wojna gospodarcza z Rosją może być również dla Zachodu bardzo bolesna. Przede wszystkim stracić pieniądze mogą firmy, które zainwestowały tam pieniądze (praktycznie chodzi głównie o wielkie koncerny energetyczne, zwłaszcza z Niemiec – nic dziwnego, że intensywnie lobbują przeciwko sankcjom). Stracić mogą również eksporterzy (w tym i polscy). Wreszcie w przypadku ograniczeń w dostawach gazu, odczuć skutki mogą wszyscy. Choć z drugiej strony, ograniczenie dostaw gazu dla wielkich odbiorców zachodnioeuropejskich jest dla Rosjan działaniem samobójczym, bo tylko zwiększy presję na jak najszybsze zmniejszenie zależności Europy od dostaw ze wschodu.
W ten sposób prezydent Putin znalazł się - wbrew temu, co twierdzi – w sytuacji mało komfortowej, bo na wojnie gospodarczej z Zachodem bynajmniej mu nie zależy. Choć oczywiście jako znakomity pokerzysta udaje, że się jej nie boi. Z drugiej strony, jak każdy przywódca autorytarny wie, że nie może stracić twarzy wobec narodu, bo straci i władzę. Ukrainy odzyskać pewnie nie może, więc przekierował problem na Krym (gdzie o akceptowalny dla Zachodu kompromis powinno być łatwiej). Jak widać po publikowanych w u nas reakcjach rosyjskiej prasy, manewr ten chwilowo udaje mu się nieźle. Idealne rozwiązanie: wobec kraju pokazać, że się zwyciężyło „wojnę krymską”, z Zachodem dojść do jakiegoś porozumienia, które pozwoliłoby uniknąć „zimnej wojny”.
Czy to oznacza, że Władimir Putin na pewno nie zdecyduje się na jeszcze bardziej agresywne działania na Krymie? Niekoniecznie. W słynnej „długiej depeszy”, tajnym dokumencie wysłanym z ambasady USA w Moskwie w roku 1946, młody amerykański dyplomata George Kennan dokonał analizy, która na lata zdeterminowała politykę Zachodu wobec ZSRR. Pokazał w niej, że i carska Rosja, i komunistyczny ZSRR, najbardziej agresywny w polityce zewnętrznej bywa wtedy, gdy wewnątrz kraju pozycja władz słabnie. I oczywiście wtedy, kiedy czuje słabość z drugiej strony.
Zakończenie ukraińskiego kryzysu zależy więc głównie od tego, na ile zjednoczony będzie w swoich reakcjach Zachód – i na ile racjonalny będzie w swoich zachowaniach Kreml. Chwilowo jest to gra w pokera, w której trudno jest odgadnąć, na ile Władimir Putin świadomie blefuje, a na ile jest zmuszony do takiej gry, a nie innej.
Rozszerzona wersja tekstu opublikowanego w Rzeczpospolitej, 7.03.2004