Skoro pod naszym bokiem rozgrywa się polityczny i gospodarczy dramat, dlaczego kurs złotego pozostaje mocny? Czy stalismy się "drugą Szwajcarią"? Bez przesady. Jest się z czego cieszyć, ale są też powody do tego, by być ostrożnym.
REKLAMA
Wyobraźmy sobie taki scenariusz. Gospodarka pewnego kraju, należąca do grupy wschodzących rynków, musi zmagać się z konsekwencjami słabego i niepewnego wzrostu u głównego odbiorcy swojego eksportu. Liczni krajowi ekonomiści nie pozostawiają suchej nitki na polityce finansowej rządu, otwarcie sugerując że w jakiejś dalszej perspektywie krajowi grozić może bankructwo. Jednocześnie waluta tego kraju wystawiona jest na globalne wahania, związane z coraz bardziej niepokojącymi wynikami gospodarczymi krajów rozwijających się, a zwłaszcza Chin. Nie koniec na tym. Systematycznie zaostrza się polityczno-gospodarczy konflikt, w którym kraj aktywnie uczestniczy, z wielkim globalnym dostawcą surowców energetycznych, który teoretycznie może z dnia na dzień zagrozić odcięciem dostaw gazu. I żeby sprawy skomplikować do końca, tuż za granicą tego kraju ma miejsce międzynarodowy dramat, który może doprowadzić wręcz do otwartej wojny między jego dwoma sąsiadami.
Czego spodziewalibyśmy się po walucie tego kraju? Jak mówią znawcy, kurs walutowy to najczulszy i najszybciej działający barometr gospodarki, gwałtownie reagujący na jakiekolwiek niebezpieczeństwa – a nawet na prognozy, że takie niebezpieczeństwa mogą się pojawić. Odbierający wszelkie sygnały dotyczące finansów, wzrostu gospodarczego, polityki krajowej i międzynarodowej. Kiedy tylko na horyzoncie pojawia się choć cień ryzyka, inwestorzy finansowi z miejsca reagują uprzedzającą ucieczką, wyprzedaniem aktywów i wymianą waluty krajowej na bezpieczne dolary i euro.
Skoro tak, to powinniśmy mieć obecnie w Polsce – bo to jest właśnie owa trapiona przez liczne zmory gospodarka – potężne załamanie kursu złotego, któremu oczywiście powinna towarzyszyć silna przecena na giełdzie, a także radykalny wzrost kosztów obsługi długu publicznego.
A tymczasem nic takiego się nie dzieje. Giełda nie kwitnie, ale też nie ma na niej żadnej tragedii – główne indeksy są mniej więcej na tym samym poziomie, na którym znajdowały się pół roku temu, kiedy całe potworne zamieszanie się zaczynało. Minister finansów może z zadowoleniem zauważyć, że w czasie całego kryzysu ukraińskiego rentowność 10-letnich obligacji stopniowo spadała. Ale jeszcze ciekawsze jest to, co się dzieje ze złotym. Kurs złotego do euro reaguje wprawdzie kilkugroszowymi osłabieniami na kolejne katastroficzne wieści docierające na rynek, jednak wraca szybko do siebie gdy tylko przebrzmi echo gromów. A tak naprawdę, to złoty od połowy zeszłego roku ulega systematycznemu wzmocnieniu.
Jak wytłumaczyć ten cud? Po pierwsze pewnie tym, że fundamenty finansowe Polski (dług publiczny, prywatny, zagraniczny) wyglądają znacznie solidniej wówczas, gdy obserwuje się je z perspektywy globalnej, niż ze środka kraju. Po drugie, dość solidnie muszą wyglądać również podstawy stabilności społeczno-politycznej. I wreszcie po trzecie, najwyraźniej dobrze oceniane są gwarancje bezpieczeństwa zewnętrznego, uzyskane głównie dzięki czlonkostwu w Unii i NATO.
Póki co to wszystko wystarczy. Ale nigdy nie wiadomo, w którym momencie te korzystne dla Polski oceny mogą ulec przewartościowaniu. I lepiej dmuchać na zimne, będąc jednoczesnie przygotowanym i na znacznie trudniejsze czasy.
Opublikowane w Rzeczpospolitej, 15.03.2014
