Dostałem krótkiego emaila: "Happy Holidays and Happy New Year". Pod tymi niezwykle serdecznymi życzeniami było kilka zdań pouczenia w czterech językach. Z angielskiej i niemieckiej wersji wynikało, że wiadomość ta jest ściśle tajna. Do tego nie można było mi jej przesyłać dalej i nikomu o niej mówić. Najgorsze było to, że nie wolno mi tej wiadomości czytać jeśli nie jestem jej adresatem.

REKLAMA
Jako że adresat był ukryty, sam nie wiem czy mogłem czytać "Happy Holidays and Happy New Year".
Za przeczytanie tej wiadomości groziła zapewne grzywna i więzienie.
Wersja francuska i hiszpańska notki była chyba o tym samym. Chyba. Tak przynajmniej pokazał mi tłumacz z Google. Ale kto to wie?
Dobrze, że w emailu był podany numer telefonu, aby w razie otrzymania przez pomyłkę tej wiadomości zadzwonić pilnie.
Ostrożnie emaila przeniosłem do folderu "robocze".
Zadzwoniłem pod wskazany numer żeby sprawę życzeń wyjaśnić.
Na początku wysłuchałem kilku minut muzyki.
Potem miła pani poinformowała mnie, że zadzwoniłem do firmy prawniczej o nazwie składającej sie z kilkunastu nazwisk.
Pani powiedziała, że nie dość że rozmowa może być nagrywana, dla poprawy jakości, nastroju i mojego bezpieczeństwa, to za minutę takiej rozmowy zapłacę stanowczo za wiele jak dla mnie. Znając samego siebie i moją wielowątkowość w rozmowie wiedziałem że zanim wyjaśnię sprawę emaila przejdę przez swój życiorys, życie zawodowe, prywatne, kilka przypowieści i dwie anegdotki z życia wzięte. Jak nic, pół godziny rozmowy. I pół godziny nagrania. Taktownie przeprosiłem panią i obiecałem, że dzis już nie zadzwonię.
Przeniosłem delikatnie emaila do folderu "śmieci".
Nie stać mnie na grzywny, na więzienie nie mam czasu, wyjaśnić sprawy nie mam jak...
Trzymam na dnie śmietnika tego emaila - jak ktoś mnie zapyta czy dostałem życzenia "Happy Holidays and Happy New Year" to się wyprę.