Zbieram nakrętki, takie zwykłe plastikowe. Właściwe to zbieram dla mojej córki, bo w szkole jest akcja nakrętkowa. Właściwie nie zbieram tylko poluję. Kilka dni temu zadzwonił do mnie znajomy: - Ty chyba zbierasz nakrętki. - Naturalnie, zabieram, a dlaczego pytasz? - Bo wiesz, jakby ci tu powiedzieć, ekhm, jak byłeś ostatnio u mnie w domu to zauważyłem że zabrałeś mi wszystkie nakrętki i teraz nie mam czym zakręcić butelek. - Aj jaj, wielka mi sprawa…
REKLAMA
Obsesja zbieracza uwolniona. Właściwie to nie zastanawiałem się dlaczego w szkole ogłoszono akcje nakrętkową. Na początku było spokojnie, do pudełka w kuchni wrzucałem kilka nakrętek tygodniowo. Jednak okazało się że inni oddają całe siaty nakrętek.
I potem poszło już z górki: polowałem na nakrętki wszędzie.
I potem poszło już z górki: polowałem na nakrętki wszędzie.
W kawiarni na Rynku, siedząc ze znajomymi zabrałem im sprzed nosa wszystkie nakrętki ze stolika. Nawet nie zdążyli się ruszyć.
Gorzej było na obiedzie na Kazimierzu. Musiałem przechytrzyć kelnera (skubany, też zbiera), który nalewał wodę a nakrętkę chował w tym samym momencie w dłoni. Zamówiłem drugą wodę i od razu mu niemal wyrwałem butelkę z ręki. Przegrał.
Szaleństwo trwa w najlepsze. W szufladach w kancelarii mam nakrętkową kolekcję (zielone od wody gazowanej i niebieskie od soków). W samochodzie mam odłożone nakrętki na czarną godzinę. Nakrętki upycham po kieszeniach, w teczce, na półkach, gdzie się da.
W sądowej stołówce jednak trafiłem na lepszego gracza – znajomy adwokat, zagadał mnie, o coś zapytał i ciach! zgarnął mi sprzed nosa trzy kapitalne, nowe, nieużywane nakrętki (niebieskie). Naturalnie zadzwoniłem potem do niego i zapytałem czy zbiera nakrętki…
Wczoraj odniosłem siatę nakrętek do szkoły mojej córki. Z żalem rozstawałem się z moimi zdobyczami.
