Szybko zamykałem drzwi od kancelarii. Ten trzeci zamek zawsze się zacina. Im bardziej się spieszę tym bardziej się zacina. Zbiegłem do samochodu. Szybkie sprawdzenie kieszeni. Dokumenty są, klucze są. Wszystko jest. Ruszyłem po Karmelickiej. Zaraz, zaraz, a gdzie komórka? Została na biurku. Kalkulacja. Zawrócić? Wejść na trzecie piętro, otwieranie zamków. Ten trzeci zamek zatnie się na pewno. Potem wyjście i znowu ten trzeci zamek… Jechałem powoli po Karmelickiej.
REKLAMA
W Krakowie nie ma problemów z korkami, nie stać nas na taką ekstrawagancję. Kłopot z jazdą po mieście jest taki, że prawie wszystkie ulice są jednokierunkowe. Żeby dojechać trzeba kluczyć, kręcić i wykręcać. A to jeszcze nic. Znalezienie miejsca w okolicach Plant graniczy z cudem. A że Kraków to miasto cudów, zawsze znajdzie się miejsce. Gdzieś bokiem, jakimś kantem, tyłem do przodu, byle jak, byle stać.
Więc tak stoję na Rajskiej i niby przepuszczam pieszych, ale ciągle kalkuluję – skręcić na Dolnych Młynów w lewo i pojechać do sądu bez komórki, czy w prawo pod kancelarię po telefon. Sytuacja poważna. Tysiące analiz przechodzą przez głowę.
Nagle olśnienie!
Nie. Nie wracam. Nie. Nie i już. Nie mogę być zakładnikiem kawałka plastiku. Bez przesady. Przecież kiedyś ludzie… Nie tak dawno... Dało się żyć…
I pojechałem do sądu. Telefon został sam.
Przez całą drogę myślałem tylko o swym bohaterskim wyczynie. Oto wybrałem wolność. Jadę spokojnie, bez telefonu. Chciałem od razu zadzwonić do żony, żeby jej powiedzieć jaką mam silną wolę.
Stojąc na Matecznym z wyższością spoglądałem na innych kierowców zajętych rozmową przez telefon. Gadajcie sobie, mój telefon tam leży sam, dzwoni sobie, woła, pika, a ja tutaj sam sobie jadę.
Koło Prokocimia zacząłem się zastanawiać ile rozmów już nie odebrałem. Dziesięć? Pięćset?
Na obwodnicy koło Wieliczki pomyślałem sobie, że skrzynka głosowa jest już pełna.
Nagle olśnienie!
Nie. Nie wracam. Nie. Nie i już. Nie mogę być zakładnikiem kawałka plastiku. Bez przesady. Przecież kiedyś ludzie… Nie tak dawno... Dało się żyć…
I pojechałem do sądu. Telefon został sam.
Przez całą drogę myślałem tylko o swym bohaterskim wyczynie. Oto wybrałem wolność. Jadę spokojnie, bez telefonu. Chciałem od razu zadzwonić do żony, żeby jej powiedzieć jaką mam silną wolę.
Stojąc na Matecznym z wyższością spoglądałem na innych kierowców zajętych rozmową przez telefon. Gadajcie sobie, mój telefon tam leży sam, dzwoni sobie, woła, pika, a ja tutaj sam sobie jadę.
Koło Prokocimia zacząłem się zastanawiać ile rozmów już nie odebrałem. Dziesięć? Pięćset?
Na obwodnicy koło Wieliczki pomyślałem sobie, że skrzynka głosowa jest już pełna.
W sądzie spokojna rozprawa. Świadek pamięta wszystko tak jak było, tyle że odwrotnie, a mówi jeszcze zupełnie inaczej.
„Proszę Sądu, nie wiem nic o sprawie, nic nie pamiętam i o tym chciałem właśnie ze szczegółami opowiedzieć”.
Pytania stron wprowadzają go w zakłopotanie, w końcu świadek nie chce już zeznawać i reasumuje swoje zeznania „a dajcież wy mi wszyscy już święty spokój”. Normalna rzecz.
„Proszę Sądu, nie wiem nic o sprawie, nic nie pamiętam i o tym chciałem właśnie ze szczegółami opowiedzieć”.
Pytania stron wprowadzają go w zakłopotanie, w końcu świadek nie chce już zeznawać i reasumuje swoje zeznania „a dajcież wy mi wszyscy już święty spokój”. Normalna rzecz.
Wracam po rozprawie do Krakowa. Telefon w samochodzie milczy. No bo jak ma dzwonić jak został na biurku? Czuję się niepewnie, może już się wydzwonił na śmierć?
Pół dnia nie nikt go nie odbierał. Pół dnia – kawał czasu. To jak z wiekiem psa liczy się więcej niż potrójnie – pół dnia dla telefonu to jak dla człowieka dwa tygodnie milczenia. Jadę szybciej niż zwykle. Skręcam w Dietla i pod Wawel – omijam tym sposobem korek na Alejach. Pod Wawelem oczywiście, wycieczka dewizowych turystów. Przepuszczam. Pokazuję, że niby taki jest u nas grzeczny styl jazdy. Pieszy idzie. Iiiiidzieee. Międlę słowa pod nosem. Potem już sprawna jazda. Podwale, Karmelicka. Parkowanie byle jak, na postoju taksówek. Wolno mi.
Po deregulacji adwokaci mają prawo do korzystania z postojów taksówek. Zawód adwokata = taksówkarz. Kasa fiskalna, dojazd do klienta, 10 zł za wejście, porada 30 złotych. Naklejka na aucie: „Adwokat nie ma przy sobie więcej niż 30 złotych”.
Pół dnia nie nikt go nie odbierał. Pół dnia – kawał czasu. To jak z wiekiem psa liczy się więcej niż potrójnie – pół dnia dla telefonu to jak dla człowieka dwa tygodnie milczenia. Jadę szybciej niż zwykle. Skręcam w Dietla i pod Wawel – omijam tym sposobem korek na Alejach. Pod Wawelem oczywiście, wycieczka dewizowych turystów. Przepuszczam. Pokazuję, że niby taki jest u nas grzeczny styl jazdy. Pieszy idzie. Iiiiidzieee. Międlę słowa pod nosem. Potem już sprawna jazda. Podwale, Karmelicka. Parkowanie byle jak, na postoju taksówek. Wolno mi.
Po deregulacji adwokaci mają prawo do korzystania z postojów taksówek. Zawód adwokata = taksówkarz. Kasa fiskalna, dojazd do klienta, 10 zł za wejście, porada 30 złotych. Naklejka na aucie: „Adwokat nie ma przy sobie więcej niż 30 złotych”.
Nie wbiegam po schodach, nikt nie może się zorientować, że mi zależy.
Trzeci zamek się zacina – to normalne przy pośpiechu. Wreszcie dopadam komórkę.
Sprawdzam.
Nikt nie dzwonił.
Jeden sms – informacja o wystawionej fakturze.
Trzeci zamek się zacina – to normalne przy pośpiechu. Wreszcie dopadam komórkę.
Sprawdzam.
Nikt nie dzwonił.
Jeden sms – informacja o wystawionej fakturze.
