„To jak dzisiej [rzecz się dzieje w Krakowie] strzyżemy? – zapytał mnie Pan Jacek Fryzjer. Z tylniej kieszeni wyciągnąłem złożone na cztery zdjęcie z Burdy – katalog jesień 1984 rok. „Dzisiej, tak proszę” i zdecydowanym gestem pokazuję na zdjęcie. Jacek Fryzjer przyjrzał się fotografii, zamknął oczy (żeby lepiej zapamiętać) i od razu wziął się do dzieła. Dwoma palcami wywinął mi ucho do dołu i zaczął strzyc.

REKLAMA
Światowy salon mody: „Atelier fryzur – czynne od 9.00 do 20.00”. Nowocześnie, w tle wielki plazmowy ekran, na nim wiadomości CNN.
Z nudów oglądam telewizję. Nagle truchleję – „Panie Jacku, proszę zobaczyć, licytują włosy!” – pokazuję na lustro, w którym widać TV, a w nim aukcję włosów.
Jacek odkłada nożyczki. Oglądamy razem. Licytacja kosmyka włosów Micka Jaggera.
Była dziewczyna Jaggera wystawiła na aukcje to co miała najwartościowszego – kosmyk włosów legendy rocka. Do włosów dołączona była kartka: "Mick Jagger's hair after being washed and trimmed by Chris at Rose Hill Farm."
“Matko moja” – cicho szeptał fryzjer. Po chwili w lustrze wyskakuje cena za włosy:
000,6 $.
Jacek się uspokaja, bierze brzytwę i powoli goli mnie pod nosem – „Tyle gadania, a tylko zero zero zero sześć dolara”.
„Panie Jacku, to w lustrze było” – mówię kącikiem ust – „Wyszło, że było to sześć i trzy zera, czyli sześć tysięcy dolarów”.
Brzytwa zatrzymuje się koło mojego nosa. „To ile będzie na polskie?” – pyta fryzjer – „na polskie, ile to będzie?”. Ręka Jacka drży. Brzytwa przesuwa się wyżej i liże moje ucho.
Mówię mu powoli – „na polskie to będzie ze dwajścia [jesteśmy w Krakowie] tysięcy”.
Czuję ciepłą strużkę koło ucha. Jacek odkłada czerwoną brzytwę na stolik koło lustra.
„Niemożliwe, dejże [jesteśmy w Krakowie] pan spokój” – fryzjer opiera się o fotel – „ileż ja kosmyków tu wywaliłem”. Pociąga spory łyk ze słoika z napisem "spirytus".
„Kogo ja tu nie strzygłem” mówi słabym głosem przykładając mi gazę na świeżo cięte ucho.
Jacek siada na fotelu obok i pokazuje mi swój skarb – kopertę ze zdjęciami ludzi estrady, wybitnych polityków, dziennikarzy. Kogo tam nie ma! Wszyscy są. Każde zdjęcie ma jednakową dedykację: „Szanownemu Jackowi w podzięce” i zamaszysty podpis wdzięcznego klienta.
Łapię się za głowę. Po chwili okazuje się, że to głowa Jacka.
Jacek wraca do strzyżenia, brzytwą goli kark. Mnożymy celebryckie kosmyki każdy po około pięć tysięcy złotych – „Panie Jacku wychodzi, że tak lekko licząc, miał pan kilka milionów złotych w kosmykach”.
Jackowa brzytwa wchodzi gładko w gładki kark. „Ujć, przepraszam, to się zagoi” – mówi słabym głosem mistrz fryzjerski. Na ranie ląduje kawałek ligniny.
Po skończonym strzyżeniu serdecznie się żegnamy. Jedną ręką trzymam gazę przy uchu, drugą przytrzymuję ligninę na karku.
Wychodząc na pole [jesteśmy w Krakowie] kątem mojego bystrego oka widzę jak Jacek chowa mój kosmyk do koperty i dokładnie wpisuje datę strzyżenia.
Kiedyś będziemy bogaci.