O kulturze wina we Włoszech i ile nam do niej brakuje.
REKLAMA
W poprzednim wpisie cytowałem Wam statystykę, wedle której przeciętny Polak pije tyle wina, ile w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. We Włoszech pije się 14 razy więcej (42 l rocznie na głowę). Oczywiście wino jest wpisane we włoską kulturę od tysięcy lat. Praktycznie wszędzie poza wyższymi partiami gór znajdują się winnice. Ogromnymi producentami wina są zarówno położone na południu Sycylia i Apulia, jak i północne Veneto.
Przybysza we Włoszech najbardziej jednak zdumiewa wszechobecność wina w życiu codziennym. Na każdym kroku. W najpodlejszym barze dostępne są nie tylko wina stołowe (nalewane z dużych butli lub wręcz kegów, jak piwo), ale 4-5 win butelkowych przyzwoitej jakości. Lepsze miejskie bary to już jest winiarska rozpusta. W ostatnim miesiącu bawiłem na dwóch dużych degustacjach w Weronie i Florencji i szok kulturowy był naprawdę ogromny.
W pierwszej lepszej winiarni w Weronie wybór win na kieliszki był większy niż niemal w jakimkolwiek lokalu w Polsce. Można dostać prestiżowe Barolo, Brunello czy Amarone (w nie tak wygórowanych cenach), ale zawsze są też lekkie, niedrogie wina niekiedy już od 2€ za kieliszek. W tańszym barze kieliszek wina zwykle kosztuje mniej niż woda mineralna. Do tego dochodzi włoski sport narodowy – aperitivo. Po wyjściu z pracy ok. godziny 17–18 obowiązkowo kierujemy kroki do baru i zamawiamy kieliszek (lub dwa) wina musującego. Bary prześcigają się w coraz bardziej wypasionych bufetach aperitifowych – w cenę kieliszka Prosecco czy Franciacorty (włoski odpowiednik szampana) wliczony jest poczęstunek: oliwki, kanapeczki. Mnie dwa kieliszki „spumante” z zagryzką wystarczą niekiedy za kolację.
No właśnie, włoskie restauracje to osobny temat. Są ich tysiące – bo Włosi stołują się na mieście praktycznie codziennie – od najskromniejszej pizzerii po luksusowe lokalne z kuchnią autorską. Nawet w pizzerii znajdziemy przyzwoity wybór win butelkowych oraz starannie wybrane wino „domowe” (oczywiście zdarzają się wpadki, ale jest to zwykle bezpieczny wybór). W lepszych lokalach karta win to opasła księga, a butelkę do obiadu poleci wykwalifikowany kelner od wina, zwany sommelierem. Te sprawy traktuje się naprawdę poważnie.
W Weronie zjadłem ostatnio prosty obiad w Trattoria Al Pompiere. Jest to lokal bardzo dobrej klasy, ale nie żaden luksusowy, trzygwiazdkowy przybytek. Stoły przykryte są tak typowymi dla Włoch obrusami w kratę, specjalnością zakładu są szynki i sery (kilkadziesiąt rodzajów!). Otworzyłem kartę win i zdębiałem. Na pierwszej stronie 25 win musujących. Na drugiej stronie zaczynały się Valpolicelle (typowe wino okolic Werony). Kończyły się na stronie... 7. Niektóre wina proponowano w 3–4 różnych rocznikach. Cena zaczynały się od 13€, czyli butelka wina kosztowała mniej niż danie główne.
Tak szerokiej i głębokiej karty win nie ma żadna restauracja w Polsce. I prędko mieć nie będzie. A był to lokal, jakich w samej Weronie jest kilkanaście, w samym regionie Veneto – setki. Pomijam już kwestię kultury podania wina i opowiedzenia o nim.
Oczywiście Włochy borykają się ze swoimi problemami. Konsumpcja wina spada – 45 l/głowę, jakie przytaczałem na początku, to mniej niż połowa tego, co pito jeszcze 20 lat temu. Młodzi Włosi winem w ogóle się nie interesują, statystyki w tej grupie wiekowej są dramatycznie niskie (prym wiodą piwo oraz tzw. alcopops). Bywalcy restauracji mają coraz chudsze portfele. Wzmożone kontrole drogowe nie sprzyjają delektowaniu się winem do kolacji, zwłaszcza że wiele dobrych lokali położonych jest poza centrami miast.
Włosi spadają jednak z wysokiego konia. Słuchając ich narzekań, można tylko zazdrościć. Przed Polską w dziedzinie wina jeszcze bardzo długa droga.
