
Kłopoty najsłynniejszego krytyka winiarskiego.
REKLAMA
Gdy 1.04 opublikowałem na Winicjatywie notkę o aresztowaniu Roberta Parkera, podniosło się larum, że to straszna wiadomość albo że jak tak można żartować. Był to oczywiście prima aprilis (z ziarnem prawdy – o tym za chwilę), ale najsłynniejszy krytyk winiarski świata to postać zbyt świątobliwa, by o nim nawet żartować.
Nikt nie ma takiego wpływu na rynek wina jak Parker. Amerykański degustator z Baltimore od 35 lat rozdaje karty w winiarskim światku. Jego oceny – w słynnej już skali 100-punktowej, przejętej potem przez wiele liczących się pism winiarskich – mogą wylansować zupełnie nieznanego winiarza albo zrujnować karierę. Nawet jeden punkt Parkera wart jest majątek – 1 marca Château Léoville-Poyferré 2009 z Bordeaux (punktowane 97–100/100) kosztowało 140€ za butelkę. Dzień później już 50% więcej, bo Parker zaktualizował swoją ocenę do 100/100.
O końcu wpływów Parkera mówi się od lat. Wielokrotnie już pisano, że żyjemy w bardziej pluralistycznym świecie, gdzie liczą się opinie o winie z różnych źródeł. Parkera mieli zabić młodzi autorzy (na razie tego w ogóle nie widać), miał go zabić internet. Jest wręcz odwrotnie. Hasłowe opisy i punktowe oceny Parkera idealnie nadają się na Twittera i Facebooka i dziś mają de facto większą siłę rażenia niż kiedyś.
Natomiast niewiele osób wie, że tzw. punkty Parkera przyznaje obecnie nie tylko Parker. Ten ostatni skupia się bowiem już tylko na winach z Bordeaux i Doliny Rodanu. Dla „Wine Advocate”, czarnobiałego biuletynu, publikowanego od 1978 r., wina degustuje dziś kilka osób, m.in. Antonio Galloni, Neal Martin, David Schildknecht, Lisa Perrotti-Brown. Pomimo rozszerzenia redakcji autorzy są naprawdę mocno obłożeni. Na przykład Galloni obsługuje dla Parkera wina z Włoch, Kalifornii, Burgundii i Szampanii. To tak, jakby krytyk kulinarny jadł sześć obiadów dziennie.
Miliony win produkowanych obecnie na świecie to z pewnością zbyt wiele dla 5-osobowego zespołu. Obiekcje w tej sprawie podnosi się od dawna, lecz Parker woli powierzać oceny najbardziej zaufanym współpracowników. Kilka razy już się bowiem mocno sparzył. W 2009 r. dwa autorzy, Mark Squires i Jay Miller, wbrew zasadom głoszonym przez Parkera brali udział w wyjazdach do winnic finansowanych przez producentów (to akurat normalne, bo winopisarze nie mają wyjścia, o czym pisałem kiedyś tutaj), a nawet w luksusowych prywatnych wakacjach. Jesienią 2011 r. wybuchła jeszcze większa afera. Okazało się, że Jay Miller, oceniający dla „Wine Advocate” wina hiszpańskie, pobierał niemałe kwoty od regionów winiarskich i producentów wina. Oficjalnie za „odczyty” o rynku amerykańskim, które wygłaszał dla winiarzy, lecz 15 tys. $ za odczyt to, przyznacie, dość dużo. W rzeczywistości były to ukryte honoraria za to, że Miller w ogóle się do mniej medialnych regionów Hiszpanii pofatygował. Od Murcji jego pośrednik, znany aferzysta Pancho Campo, zażądał 30 tys. €. Vinos de Madrid odmówiło zapłaty haraczu, więc wina z tej okolicy w ogóle nie pojawiły się w „The Wine Advocate” i nie dostały sakramentalnych „punktów Parkera” (w rzeczywistości – Millera). Sprawa ma drugie dno, bo oceny Millera już dawno uważano za zawyżone i mało miarodajne; ogromna kariera win hiszpańskich w ostatnich latach nabiera w tym kontekście innego odcienia.
Miller już dla Parkera nie pracuje. Kolejne afery spływają po Parkerze jak po kaczce z uwagi na jego ogromny autorytet i fakt, że zawsze przestrzegał wysokich standardów. Sprawa może jednak podminować zaufanie do „The Wine Advocate” w perspektywie nieuchronnego odejścia Parkera na emeryturę. Słynny krytyk ma już 65 lat. W niedawnym wywiadzie zapowiedział aktywność jeszcze przez 5 lat. Potem stery pisma ma przejąć Antonio Galloni albo Neal Martin. Jedno jest pewne – świat wina nie będzie taki sam.
