Prezydent Komorowski uczestniczył w uroczystym otwarciu Skweru Wolności Słowa, który ustanowiono w Warszawie przed budynkiem dawnej „cenzury” przy ul. Mysiej. Było dużo gości, podniosłe przemówienia z odniesieniami do Pisma Świętego i pamiątkowe zdjęcia. Wszystko to skłoniło mnie do gorzkich refleksji na temat wolności słowa w Polsce.

REKLAMA
To była nietypowa uroczystość, bo pomimo pompy i patosu - jakie zawsze towarzyszą przecinaniu wstęg, czy odsłanianiu tablic – panowała atmosfera koleżeńska. Przybyli bowiem przede wszystkim ludzie zaangażowani niegdyś w niezależny ruch wydawniczy, ci którzy walczyli o wolność właśnie wolnym słowem. Tu wyjaśnię młodszym czytelnikom, którym porozumienie Acta wydało się okrutną opresją, że kiedyś absolutnie każdy przejaw życia publicznego podlegał kontroli, a stosowne instytucje cenzurowały każde słowo publikowane lub wygłaszane publicznie. I rzecz nie dotyczyła jedynie tematyki politycznej, ale dosłownie każdej. Cenzurowane były gazety dla działkowców, festiwale dziecięce, a nawet nekrologi.
logo
Uroczyste odsłonięcie obelisku na Skwerze Wolności Słowa

Przyjemnie było przyglądać się zgromadzonym, którzy witali się ze sobą serdecznie, zachowywali kulturalnie, uśmiechali życzliwie. Widać było inteligenckie twarze niemłodych w większości osób, które kiedyś rozpalać musiał rewolucyjny żar. Wyobrażałem sobie, jak niegdyś ekscytować ich musiała konspiracja, jak podniecała myśl, by bez skrępowania wykładać swoje racje, obiektywnie relacjonować fakty. Można się śmiać, ale ci ludzie ryzykowali przeważnie dość sporo po to tylko, by móc się swobodnie wypowiedzieć. Za nielegalne publikowanie spotykały ich przecież sankcje, szykany, a czasami jawne i bolesne prześladowania. Może to się wydać śmieszne, czy nawet groteskowe, ale ja (pokątny bloger) odczuwam głęboki szacunek dla tych cichych i spokojnych inteligentów, którzy nie przeskakiwali przez barykady, ale siłą umysłu i odwagą cywilną rozsadzili system komunistycznej opresji.
Tym milej było patrzeć, że prezydent Komorowski traktował zgromadzonych bezsprzecznie życzliwie, po koleżeńsku. Nie przemawiał wyniośle, nie odgradzał się ochroniarzami. Przechadzał się wśród zgromadzonych i witał serdecznie, ściskał bezceremonialnie,do wielu zwracał się po imieniu. To było dla mnie bardzo poruszające, bo przypominało o czasach, kiedy ludzie działający w opozycji traktowali się kulturalnie, życzliwie; kiedy z okazji do wolnej wymiany myśli korzystano skwapliwie - by wymieniać myśli, a nie inwektywy.
logo

Myli się kto myśli, że napawałem się tym elitarnym, inteligenckim snobizmem, bo przyszedłem na tę uroczystość jako... stolarz - moja firma meblarska wyprodukowała ławki, które stanęły na Skwerze Wolności Słowa. I stojąc w towarzystwie architekta Michała Kempińskiego, który wraz z Katarzyną Brońską i Mikołajem Iwańczukiem zaprojektowali Skwer i obelisk Wolności Słowa, doznałem bardzo smutnej refleksji, co do wolności słowa dzisiaj. Paradoksalnie, smutek wywołało porównanie dzisiejszej uroczystości z taką, jaka mogłaby się zdarzyć w czasach funkcjonowania cenzury...
Wyobraziłem sobie otóż, że Bronisław Komorowski nie jest Prezydentem RP, ale I sekretarzem PZPR, a ja nie jestem właścicielem prywatnej firmy meblarskiej, ale dyrektorem jakiegoś państwowego przedsiębiorstwa produkującego meble. Gdybym przy takiej uroczystej okazji publicznie skrytykował poczynania partii, a nie daj Boże zaatakował osobiście I sekretarza PZPR, to - właśnie za sprawą cenzury - informacja o tym zdarzeniu nie miałaby prawa pojawić się w żadnych mediach. Mogłyby one jedynie zrelacjonować, że dyrektor zakładów meblarskich „przekazał w imieniu załogi gorące pozdrowienia dla kierownictwa partii itp. itd.”
Jest jednak 2014 rok i mamy wolność słowa, więc kulturalne przywitanie, życzliwy uśmiech i przekazanie wyrazów szacunku dla polityka w najmniejszym stopniu nie interesują mediów. Gdybym jednak zdecydował się publicznie zaczepić prezydenta - najlepiej w sposób chamski; gdybym obraził go i zwymyślał od zdrajców – to informacja o tym z pewnością zostałaby zrelacjonowana przez wszystkie chyba media.
Nie uległem pokusie łatwej sławy, choć miło byłoby przecież cieszyć się poparciem prominentnych polityków, dostać kwiaty od samego premiera. Zamiast tego usiadłem wraz z architektem Michałem Kempińskim na jednej z ławek, które wyprodukowała moja firma i zadumałem się nad idiotyzmem dzisiejszych mediów. O jakże jestem szczęśliwy, że w czasach wolności słowa nieskrępowanej absolutnie niczym niczym – choćby uczciwością, czy dobrymi manierami - porzuciłem zawód dziennikarza i zabrałem się za robienie mebli :-)