Szwejka wyrzucono z domu wariatów za głupotę. W Krakowie uliczni grajkowie przeganiani będą z miejsc publicznych, o ile nie wylegitymują się zdanym egzaminem i podpisaną umową z magistratem.
REKLAMA
Krakowscy rajcy postanowili przypomnieć o cesarsko–królewskiej tradycji swego miasta w sposób bliski urzędnikom i generałom prześladującym niegdyś walecznego wojaka Szwejka. Otóż, mówiąc językiem Szwejka, „te stare pierdoły wymyśliły nowe cymbalstwo”. Sam Prezydent Krakowa powołał bowiem zespół mający egzaminować grajków ulicznych, szczudlarzy, mimów i tym podobnych artystów ulicznych. Szacowne grono ma oceniać poziom artystyczny występów, i - stosownie do tego - zezwalać lub nie, na zawarcie umowy cywilno-prawnej z magistratem. Bez takiej umowy grać, śpiewać czy tańczyć w Krakowie nie wolno!
Wszystkiemu przyświeca jakże szczytny cel: dbałość o odpowiedni dla rangi miasta Krakowa poziom artystyczny ulicznych występów. Zastanawiam się tylko, czy cała ta błazenada z komisjami i umowami, które zawierać mają uliczni artyści nie kompromituje Krakowa bardziej, niż rzępolenie, chaotyczne wygibasy i niedbałe stroje wszystkich kloszardów razem wziętych. Czy młodym cudzoziemcom (przybyłym na przykład przy okazji Euro) grającym na gitarach w parku łatwo będzie wytłumaczyć, że śpiewanie jest w Krakowie zabronione, o ile nie podpisało się umowy z magistratem? Jakimiż kryteriami będą się kierować stosowne komisje? Czy w Krakowie zdani będziemy wyłącznie na certyfikowanych artystów ludowych? Monopol na występy opanują panowie w pstrokatych strojach z przytroczonymi łbami i zadami końskimi? Jakiż repertuar będzie dozwolony: piosenka o Krakowiance, co miała chłopca z drewna i spędzała bezsenne noce wyjmując drzazgi? Czy popularni na wszelkich deptakach Indianie z Andów gustujący w repertuarze sentymentalnym zdani będą na pieśni z Piwnicy pod Baranami? A co z długowłosymi wirtuozami gitary, którzy dotychczas śpiewali przeciągle „Przeżyj to sam”? Czy główne cele swych występów, to jest pozyskanie gotówki i przychylności płci pięknej osiągać będą musieli rezygnując z hitu Lombardu na rzecz przebojów Ewy Demarczyk?
Dbałość o spokój i obyczajność są zrozumiałe, i powinny się realizować poprzez ograniczenia co do nagłośnienia, zachowanie określonej odległości od okien mieszkań, itp. Cenzurowanie sztuki ulicznej to już jednak spora przesada. Żyłem w przekonaniu, że w tej akurat kwestii już od tysięcy lat panuje demokracja, to jest przechodnie decydują poprzez wrzucanie monet, czy dany artysta im się podoba, czy też nie. Trotuarów nie zaludniają artyści, których nikt nie chce słuchać, oglądać. I próżno pomstować, że wyborem większości okazuje się raczej Doda, a nie Penderecki...
Spodziewam się, że niejeden spośród czytelników zaprotestuje przywołując przypadki ponurego rzępolenia, ochrypłego wycia, i innych dolegliwości, jakie czyhają na nas w miejscach publicznych. Przyznaję, że mnie samego wprawiają w irytację niektóre występy - zwłaszcza wspomnianych młodzianków katujących przeboje Lombardu (którym tak bardzo zazdroszczę przychylności dziewcząt). Zgadzam się bezapelacyjnie, że świetnie byłoby, gdyby jakość publicznych występów była wyższa. Dokładnie tak samo, jak inteligencja urzędników miejskich. Proponuję zatem, by najpierw wprowadzić obowiązkowe badania poziomu inteligencji dla urzędników, posłów, ministrów, prezydentów. To chyba głupie, że zdajemy się na gust większości przy wyborze Prezydenta Rzeczpospolitej, a nie zezwalamy na demokrację w kwestii oceny gry na harmonijce ustnej. Wszak nie ulega wątpliwości, że tępota urzędników jest znacznie bardziej dolegliwa, niż fałszowanie ulicznych grajków...
