Czy biedronka to miłe zwierzątko, czy raczej żarłoczny szkodnik? Nie próbuję wskazać prostej odpowiedzi na to pytanie. Martwi mnie jednak, że chyba nikt nie szuka na nie odpowiedzi. A może powinien...

REKLAMA
Martwi mnie, że ekspansji Biedronki towarzyszy debata publiczna na poziomie: Czy to obciach robić zakupy w dyskoncie? Przecież zmienia się obraz handlu, dystrybucji, produkcji. Zmienia się krajobraz naszych miast i miasteczek, zmieniają się nasze miejsca pracy i miejsca w których mieszkamy. Czy nie mamy żadnych oczekiwań co do przestrzeni w której żyjemy; rzeczywistości gospodarczej, w której funkcjonujemy; relacji, jakie wokół nas panują? A może jednak mamy te oczekiwania, ale daliśmy sobie wmówić, że każda decyzja podporządkowana winna być presji wolnego rynku? Nawet jeśli ten prymat ekonomii ma rozstrzygać o wszystkim, to jako osoba o wykształceniu ekonomicznym gwałtownie protestuję przeciwko tak prymitywnemu podejściu do ekonomii – nauki humanistycznej i uwzględniającej wszystkie potrzeby człowieka, nie tylko te zaspokajane w sklepie spożywczym. Nie wszystko jest na sprzedaż, nie zawsze warto kupować najtajniej i sprzedawać najdrożej.
logo

Tych Biedronek jest już w Polsce ponad 2500, a uwagę mediów zwróciły dwa nowe sklepy tej sieci, które mają powstać w wielce kontrowersyjnych lokalizacjach: pierwszy w historycznych murach przedwojennego jeszcze kina, w których w warunkach getta funkcjonował teatr; drugi ma stanąć na zabytkowych, odrestaurowanych niedawno ruinach znaczących dla historii Powstania. Wątpię, by te historyczne lokalizacje były szczególnie dogłębnie przemyślane przez menedżerów sieci Jeronimo Martins, która ostatnio bardzo dba o pozytywny wizerunek. Właściciel Biedronki chwali się zarobkami swoich pracowników, pakietami socjalnymi, ochroną zdrowia, akcjami charytatywnymi realizowanymi z Caritasem, itd. Budowa sklepów na historycznych ruinach reduty powstańczej, czy w salach teatru getta warszawskiego to nie świadoma pogarda dla naszego dziedzictwa, a arogancja menedżerów otumanionych komercyjnym sukcesem. Firma podbija Polskę niczym Armia Czerwona – nic więc dziwnego, że nie każdej decyzji towarzyszy pogłębiony namysł. A zresztą, czy firma komercyjna musi się troskać o spuściznę historyczną miasta, o jego życie kulturalne? Nie musi! Ale ktoś chyba powinien!
Jestem otwarty na dyskusję o znaczeniu historycznym tych akurat miejsc, ich znaczeniu dla kultury, ale wścieka mnie, że takiej dyskusji nikt nie prowadzi – a w każdym razie nikt z urzędników, którzy reprezentują przecież interes naszej społeczności. A ten interes nie zawsze daje się uprościć regułą, że najlepsze jest to, co przyniesie najwięcej kasy z wynajmu nieruchomości. To tak samo, jakby rozmiar biustu był jedynym kryterium rozstrzygającym o urodzie jakiejś kobiety!
Interes społeczny, wspólne dobro, dobro społeczne – wszystko to są terminy skompromitowane w latach reżimu komunistycznego. Odzyskawszy wolność postawiliśmy na własność prywatną i swobodę gospodarczą. I słusznie, tyle że nie nauczyliśmy się jeszcze dobrze liczyć. Kiedy na zachodzi bierze się pod uwagę i skrupulatnie uwzględnia wiele rożnych czynników, to u nas wszystko sprowadza do prymitywnego salda kasowego. A to rachunkowość przydatna w handlu warzywami na straganie, ale idiotyczna w przypadku planowania miasta Już słyszę głosy oburzenia, że znowu ktoś coś chce centralnie planować, by tłamsić przedsiębiorczość. Otóż nie! To naprawdę nie jest tak, że na zachodzie planuje się rozwój miast, bo tam rządzą lewacy. Tam po prostu dobrze liczy się miejsca pracy w handlu, w produkcji, oraz bierze pod uwagę znaczenie gospodarki dla kultury i kultury dla gospodarki. Wiem, że to są bardzo zawiłe rachunki, ale można i warto je robić. Jak powiedział najwybitniejszy polski ekonomista, prof. Michał Kalecki: Gdyby istniał wyłącznie wybór pomiędzy narzeczoną biedną i brzydką, a bogatą i piękną – to nie byłoby ekonomii!
logo
Miasto Jest Nasze! www.facebook.com/miastojestnasze

Argumenty, że w życiu społeczeństwa wszystko winna rozstrzygać kwestia zyskowności jest tyleż śmieszny, ile nierealny. Zapewne więcej zysku przynoszą gabinety chirurgii plastycznej, niż szpitale dziecięce - a jednak z nich nie rezygnujemy. Wiem, sprowadzam rzecz do absurdu, więc przyjrzyjmy się prawdziwym przykładom planowania gospodarki i kultury miasta. Zbudowaliśmy w Warszawie najpierw stadion Legii (500 mln zł. z publicznych środków), a potem Stadion Narodowy (2 miliardy zł. z publicznych środków). Czy to dobrze zainwestowane pieniądze? Bo o ile wiem, miasto ma z wynajmu stadiony Legii 5 mln rocznie (czyli 1% z inwestycji), a Stadion Narodowy walczy o to, żeby się utrzymać bez dotacji. Czyli wydaliśmy 2 miliardy na coś, co z trudem samo się finansuje, o jakichkolwiek zyskach nawet nie wspominając.
Czy naprawdę obywatele życzyli sobie, żeby zainwestować 2,5 miliarda w dwa stadiony odległe od siebie o 1500 metrów? Czy nie miałoby sensu zainwestować ułamek tej kwoty w przedsięwzięcia rzeczywiście animujące aktywność społeczną, zachęcające do uprawiania sportu coraz częściej otyłe i chore dzieci? Przykład ze stadionem Narodowym jest dla mnie dostatecznie jasny, by odrzucić argument o niewidzialnej ręce rynku, która rozstrzyga o wszystkim.
Czy dwa tysiące pięćset pierwsza Biedronka musi stanąć w zabytkowych salach teatru z czasów getta? Czy ekosystem miasta zatrzęsie się bez Biedronki postawionej na ruinach reduty powstańczej? Wątpię. Wątpię także, by ktoś w Ratuszu się nad tym zastanawiał. Zwyczajnie, jeśli ktoś przychodzi z kasą i inwestuje, to urzędnicy kasę biorą, i uśmiechają się od ucha do ucha. A potem nagle dziwimy się, że przy placu Wilsona nie znajduje się już prawie nic poza siedzibami banków. Albo, że na najbardziej reprezentacyjnej ulicy miasta, w której rewitalizację zainwestowano dziesiątki milionów, lokuje się dyskont spożywczy. Czy po to, jako podatnik zainwestowałem mnóstwo pieniędzy w ekskluzywny wygląd Traktu Królewskiego, żeby teraz przy Nowym Świecie zainstalowała się Biedronka? To absurd! To marnotrawienia moich pieniędzy, to lekceważenie moich potrzeb!
logo
Na pieczołowicie odrestaurowanych i wyeksponowanych ruinach powstańczej reduty powstać ma sklep Biedronki. Agencja Gazeta

Jeszcze dobitniej widać ekspansję Biedronki poza Warszawą, i tam samorządowcy powinni szczególnie uważnie przemyśleć decyzje podejmowane w imieniu obywateli. W te wakacje, jak co roku rezydowałem w Jastarni u moich przyjaciół. Miasteczko małe, żyjące niemal wyłączeni z turystów. I tam także zdecydowano o budowie Biedronki, bo nikt nie oferował tyle za plac przy drodze głównej! A że plajtują dziesiątki sklepików, punktów małej gastronomii w okolicy, to już pikuś. Ze traci nie tylko handel, ale także miejscowi producenci: wędliniarze, piekarze, miejscowa mleczarnia, itd. Kogo to obchodzi! Czy naprawdę zbawieniem dla Jastarni będzie tani dyskont wysysający pieniądze z rynku i wysyłający zyski do centrali? Czy nie lepiej byłoby jednak, by te pieniądze pozostały na miejscu? Czy nie zmieni się charakter miejscowości, która była dotąd urokliwa także dzięki dziesiątkom małych sklepików, piekarenek, straganów z owocami?
Nie będę szerzej pisał o Jastarni, bo niech tam oni rządzą się sami. Nie chcę także rozwijać tezy, że Biedronka to żarłoczna bestia, która nas wszystkich pożre, strawi i wypluje. Nie rozstrzygam co jest złe, dobre, a co najlepsze. Domagam się jednak kategorycznie, by ktoś wreszcie zechciał rozpocząć publiczną debatę na ten temat. By politycy przestali zajmować się głównie prywatnymi sprawami obywateli (sex, religia, sumienie) a zaczęli dobrem wspólnym, do czego są powołani.