O autorze
Zaczynałem jako reporter Teleexpressu, ale potem porzuciłem zaszczytną służbę prawdzie, i zdobywszy dyplom MBA zostałem cynicznym specem od public relations. Popularyzowałem w Indiach urządzenia do produkcji mgły, testowałem samochody, tłumaczyłem teksty z języków znanych mi jedynie pobieżnie, doradzałem w kwestiach związanych z importem gazu ziemnego, na moment zasiadłem nawet w radzie nadzorczej fabryki spirytusu. Na szczęście, parę lat temu uruchomiłem w sobie wrażliwośc estetyczną i od tego czasu zarabiam jako operator obrazu. Z zapałem relizuję też moje marzenie - prowadzę firmę meblarską Saska Fabrik

Nie przywracajmy „lekcji historii”, uczmy się!

Akcję protestacyjną wobec ograniczenia nauczania historii podjęto wedle najlepszych tradycji polskich powstań narodowych: z patosem i bez sensu.


W Dzień Flagi Narodowej rozpoczęto zbieranie podpisów pod projektem ustawy mającej przeciwdziałać projektom rządowym. Protestującym chodzi o to, by nie dawać uczniom możliwości profilowania programu nauczania, który mógłby ograniczyć liczbę lekcji historii. Moja żona właśnie kończy studia na wydziale historycznym UW z zamiarem nauczania w szkole i powinienem całym sercem kibicować społecznemu ruchowi sprzyjającemu szansom żony na znalezienie pracy. Jednak, jako że sam pasjonuję się historią uważam, że akcja jest prowadzona wbrew deklarowanemu dobru dzieci, a poza tym bez szans na sukces.


Autorzy akcji piszą: „Musimy wspólnie przeciwdziałać rządowym planom wynaradawiania polskiej młodzieży. Nauka historii poza budowaniem więzów społecznych uczy analitycznego myślenia, wyciągania wniosków z przeszłości, dzięki którym łatwiej jest zrozumień świat współczesny i zmiany w nim zachodzące. Jeśli dziś nie staniemy w obronie nauczania historii w polskiej szkole może okazać się, że bezpowrotnie stracimy całe pokolenie Polaków wyzutych z przywiązania do tradycji narodowej i poczucia odpowiedzialności za ciągłość państwa polskiego.”


W pełni zgadzam się, że nauka historii uczy analitycznego myślenia, wyciągania wniosków, dzięki którym łatwiej zrozumieć świat. Jestem jednak przekonany, że dzieje się tak tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę nauka historii, a nie prymitywna agitacja mająca przyuczyć pacholęta do przyklękania na dźwięk Pierwszej Brygady, czy widok skrwawionego munduru w muzealnej gablocie. Zaszczytne pojęcie nauki zakłada, że angażujemy weń głównie intelekt, nie zaś emocje. Celem zaś naszych zmagań jest przede wszystkim poznanie faktów, a nie przyswojenie ideologii.


Autorzy akcji pomstują przeciwko ewentualnemu ograniczeniu liczby godzin lekcji historii, a w istocie chcą lekcji wychowania patriotycznego. Apelują, by „nie wyjałowić polskości z naszej młodzieży”, zachęcają by „ocalić poczucie tożsamości narodowej'”. Wszystko to nie tylko razi patosem, ale przeczy szlachetnej i mądrej misji historii, by - jak to napisali sami protestujący – uczyć analitycznego myślenia, pomagać zrozumieć świat. Protestujący biadają na przykład, że zabraknie czasu, by nauczać młodzież o „Żołnierzach Wyklętych”. Ciekaw jestem szalenie, czy zdaniem protestujących należałoby uczyć także o tym, że niektóre oddziały owych żołnierzy dopuszczały się mordów na Żydach, Ukraińcach. ...A to właśnie wiedza o złożoności historii pozwala cokolwiek zrozumieć. Jeśli nauce przyświeca z góry założony cel ideologiczny, z nauki nici, a osiągnięty cel jest z zasady przeciwny od oczekiwanego. Pamiętam, jak Anna Radziwiłł, która uczyła historii w moim liceum biadała nad idiotycznym postrzeganiem międzywojnia. Ponieważ komuniści wieszali psy na sanacji, więc uczniowie wierzyli święcie w idylliczny obraz II Rzeczpospolitej. Na przekór propagandzie powtarzano wyłącznie o jajkach kosztujących 1 grosz, i o punktualnych pociągach. Nikt słuchać nie chciał, że w tej II Rzeczpospolitej naprawdę strzelano do robotników, pacyfikowano wsie ukraińskie, a spora część obywateli doświadczała głodu.

Pan Łukasz Warzecha będący jednym z inicjatorów protestów powiedział na antenie radia TOK FM : „Mogę sobie wyobrazić Polaka, który nie wie, jak się rozmnaża leszczyna, ale nie potrafię sobie wyobrazić Polaka, który nie ma zielonego pojęcia o polskiej historii.”
Ja dodałbym, że ten nieszczęsny Polak, by naprawdę zrozumieć współczesny świat (co jest deklarowanym celem pana Warzechy) powinien przede wszystkim znacznie więcej się o tym świecie dowiedzieć. Zamiast katować uczniów rocznicami kolejnych bitew, z których większość miała wymiar jedynie lokalnej rzezi, lepiej wytłumaczyć przełomowe zjawiska kształtujące los Europy, Świata. Większość Polaków na przykład postrzega obowiązujący we Francji ortodoksyjny rozdział państwa od jakiejkolwiek religii, jako postmodernistyczną aberrację, masoński spisek. Z pewnością łatwiej przyszło by nam zrozumieć niechęć Francuzów do publicznego manifestowania religii, gdyby choć pobieżnie poznać historię wojen religijnych, podczas których wyrzynano w pień setki tysięcy ludzi. Nie zrozumie silnej pozycji związków zawodowych w Niemczech, kto swą wiedzę o Bismarcku ograniczy jedynie do tego, że był on polakożercą. Polak choćby najpełniej znający historię Polski, ale nie mający pojęcia o historii Europy i Świata skazany jest na los prowincjusza. Dziś znacznie więcej dla tej Polski osiągnąć można poprzez efektywną współpracę z innymi państwami Unii Europejskiej, niż demonstracje na Krakowskim Przedmieściu. Jak jednak współpracować z kimś, kogo się nie zna i nie rozumie.

Nie jestem agentem sowieckim, synem enkawudzisty, żydowskim pachołkiem – wyjaśniam, bo takie domysły wyrażali niektórzy spośród patriotycznie usposobionych współobywateli, z którymi zdarzało mi się rozmawiać o historii. Jestem potomkiem powstańców styczniowych, zesłańców syberyjskich. Mój dziadek był oficerem kawalerii podczas wojny polsko-bolszewickiej, walczył także w II Wojny Światowej. W moim mieszkaniu na ścianie wisi szabla, a mój synek nosi imię po swym pradziadku ułanie. Jestem dość spokojny, że wiedza o współczesnym świecie nie „wyjałowi go z polskości”. Mogą to jedynie zrobić prymitywne, przywodzące do wymiotów agitki.