Czy nie jest zupełnym kretynizmem, że wydajemy miliony na śmigłowce policyjne aby jak najlepiej obserwować ruch drogowy, a jednocześnie tysiące policjantów z drogówki chowa się po krzakach?
REKLAMA
W ciągu tego najdłuższego weekendu zginie pewnie na drogach więcej osób, niż w katastrofie smoleńskiej. Szkoda, że policja zwyczajowo najwięcej uwagi poświęca kontrolom prędkości, zamiast rzeczywiście zadbać o bezpieczeństwo w ruchu drogowym.
Trudno dociec dlaczego właściwie uznano, że najlepszą formą kontroli kierowców jest pomiar prędkości samochodów na drodze. Kiedyś, pewnie ze względów technicznych, był to sposób jedyny. Dziś, najgłupszy chyba spośród wszystkich, jakimi dysponuje lub dysponować może policja. Bo czy nie jest zupełnym kretynizmem, że wydajemy miliony na śmigłowce policyjne aby jak najlepiej obserwować ruch drogowy, a jednocześnie tysiące policjantów z drogówki chowają się po krzakach?
Nieodpowiednia prędkość jest częstą, choć nie jedyną przyczyną wypadków. Znacznie częstszą jest agresywna jazda, nie zachowywanie odległości pomiędzy pojazdami, lekkomyślne wyprzedzanie, itp. Jak często boimy się durniów wyprzedzających na ostatnią chwilę, na podwójnej ciągłej, pod górkę? Ileż to razy widząc agresywnego kretyna dosłownie wjeżdżającego nam na tylny zderzak żałujemy, że nikt nie odbierze mu prawa jazdy. ...A ten, kto mógłby odebrać, siedzi w krzakach i poluje na tych, co nie zainstalowali sobie cb-radia. Bo piraci łamiący ciągle przepisy już dawno te radia mają i wiedzą gdzie stoją „miśki”. Wiedząc to zaś, mogą do woli realizować swe rajdowe pasje na niestrzeżonych dziesiątkach, setkach kilometrów dróg.
Jako dziennikarz współpracowałem niegdyś z policjantami w Komendy Głównej odpowiedzialnymi za prewencję dotyczącą ruchu drogowego. Przyznawali oni chętnie (przy wyłączonym mikrofonie), że cały ten system z pomiarem prędkości suszarkami jest do dupy. Kierowcy bowiem nie uczą się jak lepiej i bezpieczniej jeździć (zawsze), ale jak wypatrywać policjantów i coraz skuteczniej się przed nimi ostrzegać. Policjanci uczą się zaś, jak łapać największą liczbę kierowców – w końcu tylko tego wymagają od nich przełożeni. Rajem naszych stróżów porządku są krzaki na odludziu, gdzie domów już nie ma, ale teren wciąż jeszcze jest oznakowany jako zabudowany, itp. Z eliminowaniem najniebezpieczniejszych kierujących nie ma to nic wspólnego, ale statystyki złapanych rosną.
Niech każdy czytający ten tekst zastanowi się, ile razy w życiu zdarzyło mu się otrzymać mandat za jakikolwiek błąd nie związany z prędkością, a ile razy za przekroczenie prędkości. Ja jeżdżę 20 lat i nigdy nie dostałem mandatu za cokolwiek innego, niż przekraczanie prędkości. A że nie kozakuję z zasady, i cb-radia nie mam - zdarza mi się, że jakiś policjant mnie zatrzyma, by zapytać protekcjonalnie: A gdzie się tak śpieszymy, panie Wojciechu? Obaj oczywiście wiemy, że jechałem 95 km/h zamiast dozwolonych 70 km/h i absolutnie wszyscy wliczając w to policjantów jeżdżą z taką właśnie prędkością. Ale do obłudy przywykliśmy, a bloczek wypisywać trzeba...
Z bezpieczeństwem drogowym jest tak jak z polskim katolicyzmem: jeździmy jak szaleńcy, a tuż przed spodziewaną kontrolą zwalniamy do 50 km/h. Tak samo cały tydzień kombinujemy, dajemy łapówki, kradniemy i łajdaczymy się, by w niedzielę z godnością kroczyć do kościoła. Taka sama obłuda panuje w życiu publicznym i ruchu drogowym. Z sondaży wynika, że 90% społeczeństwa za drogowskaz życiowy obrało sobie naukę Jana Pawła II – ale strach zostawić rower pod sklepem. Z przepisów wynika, że po Warszawie jeździmy 50 km/h, ale strach pozwolić, by dziecko samo przeszło przez ulicę.
Czy jestem drogowym anarchistą? Oczywiście, że nie! Sugeruję jak najczęstsze kontrole nieoznakowanymi radiowozami. Jadący nimi policjanci mają szansę rzeczywiście obserwować to co się na drodze dzieje i karać najniebezpieczniejszych kierowców. A że sami jadą samochodem, więc widzą kto naraża życie innych jadąc chamsko i agresywnie, a kto jedynie na pustej szosie przyspieszy w sposób nieporównanie mniej niebezpieczny. A zresztą, niechby i bez litości karali za przekroczenia prędkości, byle zabrali się wreszcie za prawdziwych piratów drogowych. Koszt takich nieoznakowanych radiowozów jest mało znaczący, jeśli podliczyć rzeczywisty koszt całkowity patrolu, a więc przede wszystkim pracy policjantów. Po drugie zaś, radiowóz nieoznakowany jest niepomiernie skuteczniejszy, jeśli chodzi o obserwację wszelkich innych naruszeń prawa, których czatujący w krzakach policjanci zauważyć nie mają żadnej szansy. Czy nie wolelibyśmy, by ukryci po dziurach policjanci aktywnie patrolowali drogi?
Skąd się to bierze, że policjanci wciąż obstają, przy nieefektywnym wobec prawdziwych zagrożeń chowaniem się w krzakach, dziurach, rowach? Nie jestem ekspertem, więc nie wiem. Ale z rozmów z policjantami różnego szczegla wynika, że suszarki są przede wszystkim... efektywne w kwestii statystycznej. Tak bowiem najwygodniej i najszybciej złapać największą liczbę jadących 90 km/h zamiast 70 km/h. A że niewiele ma to wspólnego z rzeczywistym bezpieczeństwem? Kogo to obchodzi? Wszak najważniejsze są wyniki w pracy – mierzone liczbą ukaranych kierowców.
