Ostatnio głośno było o zwalnianych fotografach prasowych. Myślę, że nie ma co się zastanawiać, jak oni poradzą sobie bez pracy. Lepiej zastanówmy się, jak my poradzimy sobie bez nich. Bez fotografów, dziennikarzy, redaktorów...

REKLAMA
Sytuacja w mediach (absolutnie dramatyczna!) przypomina mi historię pewnego pociągu podmiejskim zlikwidowanego z racji oszczędności. Po decyzji o ograniczeniu kursowania, do dyrekcji kolei przyszedł list protestacyjny podpisany przez kilka tysięcy zdesperowanych pasażerów, którzy tym właśnie pociągiem dojeżdżali do pracy. Dyrekcja była bezmiernie zdumiona skalą protestów, gdyż... dotychczas udawało się sprzedać zaledwie kilkadziesiąt biletów dziennie!
Większość z nas cieszy się z dostępu do darmowej informacji w internecie. Jednak wciąż nie zdajemy sobie sprawy, że korzystanie z tych darmowych serwisów to jazda na gapę – w końcu pociąg wypadnie z rozkładu.
Darmowe serwisy internetowe pasożytują na mediach tradycyjnych, te zaś stopniowo tracą czytelników. Spadające regularnie od lat nakłady gazet i czasopism, oraz w perspektywie spadająca oglądalność telewizji, to nie tylko rewolucja technologiczna, ale uruchomiona przez nie ruina pewnego modelu biznesowego. Dotychczas prym wiodły wielkie dzienniki i pracujące na ich rzecz agencje prasowe, oraz stacje telewizyjne. To one opłacały pracę tysięcy dziennikarzy zdobywających informacje w terenie. Wszyscy ci korespondenci, reporterzy, fotoreporterzy, dziennikarze, operatorzy kamer starali się znaleźć temat, wyszukać bohaterów, itp. Nie znane im było pojęcie Ctr + C, Ctr + V. Agencje prasowe i dzienniki żyły z reklam i sprzedaży pism, stacje telewizyjne z reklam. Dziś internet zabiera mediom konwencjonalnym treść wypracowaną przez dziennikarzy, czytelników i reklamy. I rzecz nie w tym, że to nieuczciwe, ale w tym, że musi się zawalić!
Kilkanaście lat temu pracowałem jako dziennikarz w „pierwszym portalu w Polsce” i mogłem obserwować, jak rodziła się koncepcja „agregowania” wiadomości. Przed pęknięciem bańki internetowej portal miał wyprzeć z rynku media tradycyjne, więc zatrudniał kilkaset dziennikarzy. Po serii bankructw firm internetowych, portal (pozbawiony finansowania) nie miał już informacji tworzyć, ale je „porządkować”, „agregować”. Brzmiało ładnie, a w praktyce oznaczało przeklejanie, linkowanie, tagowanie, itp. Lawina ruszyła i dziesiątki, setki, tysiące serwisów, portali, portalików zaczęło mówiąc kolokwialnie „zrzynać” treści opracowane przez dziennikarzy mediów tradycyjnych. Internauci byli zadowoleni, bo coraz więcej rzeczy, za które wcześniej musieli płacić, odnajdywali na darmowych stronach www. Tak to coraz więcej pasażerów jechało na gapę, ale pociąg wciąż jechał. Teraz doszliśmy do momentu, w którym pociąg może stanąć.
Każdy profesjonalny dziennikarz wie, ile czasu i zachodu kosztuje napisanie tekstu dziennikarskiego: a więc zdobycie informacji, dokumentacja, opracowanie, w końcu spisanie. Ten wysiłek musi opłacić redakcja, która wyśle dziennikarza w teren, opłaci jego koszty, jego pracę, by po kilku dniach otrzymać dobry tekst. Starzy obłudnicy, czytaj: tuzy polskiego dziennikarstwa biadolą, że młodzi koledzy pop fachu są powierzchowni, nie chce im się dokładnie zająć tematem. To bzdury! Nikt tym młodym nie pozostawia wyboru, bo starsi koledzy pełniąc funkcje kierownicze w redakcjach zaprzęgają młodziaków do pisania wielu, wielu notek, tekścików na 2 akapity. Gdyby taki szczawik powiedział szefowi, że będzie nad jednym tekstem pracować tydzień, to by go wyrzucono na zbitą mordę.
Już widzę, jak czytelnicy drwią z mojego biadolenia i wzdychają, że mają to wszystko gdzieś, bo jak ktoś daje im wiadomości za darmo, to w czym problem. Problem otóż w tym, że ci którzy oferowali wiadomości za darmo mogli to robić pasożytując na mediach tradycyjnych, a te właśnie zdychają. To tak jak z tym pociągiem: wszystko jest super, bo kolejarze mają pensje, podróżni prawie darmowe przejazdy, i tylko szkoda, że... pociąg nie będzie już jeździł.
Czy grożę końcem świata? Absolutnie nie, ale z pewnością dotychczasowy system musi się skończyć. Pisząc wprost: Gazeta Wyborcza czy Rzeczpospolita mogły tolerować pasożytowanie na pracy setek ich dziennikarzy, póki sprzedawały po kilkaset tysięcy egzemplarzy. Teraz sprzedają na tyle mało, że dziennikarzy i fotoreporterów zwalniają. Rzecz nie w tym, jak ci zwalniani ludzie sobie poradzą, ale w tym jak my sobie poradzimy bez ich pracy. A radzimy sobie tak, że media są coraz głupsze, coraz bardziej powierzchowne. Narzekamy, że za dużo pyskówek polityków? Ale przecież to najprostszy i najtańszy sposób na audycję, tekst! Nie trzeba wysiłku, wiedzy, jeżdżenia po Polsce, dziesiątków telefonów – wystarczy zapytać Ziobrę, co myśli o Kaczyńskim, Palikota, co myśli o Millerze, Niesiołowskiego, co myśli o Kaczyńskim, i tak wkoło Wojtek. Od czasu do czasu pojawia się jakieś ważkie zagadnienie, np.: kontakt gazowy z Rosją, deficyt budżetowy, reforma zdrowia, itp. Żeby móc wytłumaczyć społeczeństwu, o co w tym wszystkim chodzi, samemu trzeba tego dociec, a na to nie ma czasu ani pieniędzy. Więc zamiast zagadnienie zgłębiać, szukać fachowców, przyswajać wiedzę - lepiej do studia zaprosić polityków. Oni niczego nie wytłumaczą, ale każdy będzie się ciskał, przekrzykiwał, obrażał – jednym słowem SHOW!
Ot, choćby przykład z wczoraj: dziennikarze relacjonują blokadę sejmu, bo taki news daje się zrobić w kwadrans w centrum Warszawy. A gdzie do cholery rozumny reportaż z jakiejś fabryki, z której ci ludzie przyjechali. Przecież wiadomo było wcześniej, że przyjadą i zablokują. Trzeba było pojechać wcześniej do nich, do miasteczka, pogadać z nimi, pogadać z ich żonami, poznać ich perspektywę, spróbować zrozumieć o co im chodzi, dlaczego mają takie poglądy, tak je demonstrują. Ale kto by jeździł po Polsce, zdobywał informacje – lepiej pojechać pod sejm, dwie fotki wąsatych związkowców z łańcuchem, dwa zdawkowe akapity...
Dziwimy się czasem, dlaczego młodzi ludzie pochłonięci życiem celebrytów wcale nie interesują się polityką, ale cóż interesującego w takiej polityce mogą znaleźć? Ja sam szczerze przyznaję, że równie głupie, ale przyjemniejsze wydaje mi się obserwowanie majtek Dody, niż słuchanie kłótni Ziobry i Niesiołowskiego.
Czy wszystko zmierza ku gorszemu? Moim zdaniem tak, ale to w gruncie rzeczy optymistyczna wiadomość. Media konwencjonalne się skurczą lub wręcz zdechną, a darmowe pozbawione darmowej pożywki ograniczyć się będą musiały wyłącznie do relacjonowania błahostek z życia gwiazd lub pyskówek polityków. W końcu będziemy tak zmęczeni bataliami o majtki Dody, czy świńskimi ryjami Palikota, że... zgodzimy się zapłacić parę groszy za rzetelnie wykonaną pracę. Wiem, że brzmiałoby lepiej, gdybym przyczyn niskiego poziomu mediów upatrywał w spisku międzynarodowego kapitału, głupocie polityków czy lenistwie dziennikarzy, ale niestety - zmiana musi dokonać się w nas samych. Musimy zwyczajnie dojrzeć do mądrości wyrażonej przez pewne amerykańskie powiedzenie, wedle którego „nie można oczekiwać po produkcie więcej, niż się za niego zapłaciło”.
...Jeśli więc mój tekst wydał Ci się, Drogi Czytelniku, głupi, nieprofesjonalny, pełen błędów - to zważ, że za niego nic nie zapłaciłeś :-)