Wydawało mi się zawsze, że tylko dzięki cenzurze i ręcznemu sterowaniu mediami można narzucać nowomowę. Ale nie, okazuje się, że przez własne kompleksy łykamy głupoty sugerowane przez kretynów.

REKLAMA
Niedawno uczestniczyłem w spotkaniu kilku menedżerów, podczas którego omawialiśmy zwolnienia pracowników. Postanowiłem rozbawić mych rozmówców, podczas tej niewesołej rozmowy, opowiedziałem więc o kretyniźmie, jaki napotkałem czytając pewną gazetkę korporacyjną. Referowałem zatem, że w wewnętrznym periodyku jednego z telekomów relacjonowano postępy w procesie "optymalizacji zatrudnienia", czyli mówiąc wprost, w akcji masowych zwolnień. Byłem przekonany, że rozbawię mych słuchaczy informacją, że osoba dowodząca programem zwolnień określana była w tym korporacyjnym szmatławcu jako „Sponsor Programu”.
Czy opowiedzieliście kiedyś dowcip, z którego nikt się nie zaśmiał? Ja właśnie tak się poczułem, kiedy zobaczyłem twarze mych słuchaczy – żaden z tych menedżerów nie zrozumiał, o co mi właściwie chodzi. Kiedy zaś oznajmiłem, że przecież nazywanie faceta od zwolnień „sponsorem” jest bez sensu, wyjaśniono mi, że po prostu nie wiem, jak się poprawnie nazywa ta funkcja.
Jezusie Nazareński, Królu Żydowski! Facet, którego zajęcie polega na wyrzucaniu ludzi z pracy, ma być przez nich samych nazywany „sponsorem”? Może zrezygnować z anglosaskiego słowa i użyć formy rodzimej: „dobrodziej programu zwolnień”? Przecież ta funkcja zasługuje w pełni na określenie „killer”, czy bardziej swojsko: „wypierdalacz”.
Za komuny było lepiej! Po doświadczeniach naszych braci Węgrów z 1956 roku, kilkaset milionów ludzi od Berlina po Władywostok wiedziało doskonale, że „bratnia pomoc” oznacza wpierdol przy użyciu czołgów. Wszyscy znali określenie propagandowe, ale wiedzieli, że jest ono z gruntu kłamliwe. Tylko kretyn zdecydowałby się nim posługiwać inaczej, niż z wyraźnym sarkazmem.
Dziś łykamy ten bełkot z poczuciem, że to jest właściwa, fachowa nomenklatura. Właściciele najbardziej znanej na świecie sieci barów szybkiej obsługi upierają się nazywać swe przybytki restauracjami. Jest kwestią smaku (językowego) oraz zdrowego rozsądku, by określenia restauracja nie stosować wobec miejsca, w którym serwują bułki zawinięte w papier. Ale przecież to jest „oficjalna nazwa”, więc jeśli jej nie używasz, to znaczy że jesteś kmiotkiem pozbawionym wielkomiejskiej ogłady.
Ja sam zarabiałem na chleb dla swych dzieciątek jako specjalista od PR, potem zdobyłem tytuł MBA i zasiadałem w zarządach kilku spółek. Naprawdę rozumiem, że czasem wygodnie jest rzeczywistość ukazać – jakby to określić – w nieco innym świetle. Ale do cholery, nie należy przy tym bezczelnie kłamać. Ja sam napisałem kiedyś aż 16 bitych stron na temat ufundowania 6 (słownie: sześciu) sedesów. Co piłem tego wieczora - nie pamiętam, ale z dumą przechowuję ten tekst jako dowód na mistrzostwo świata w kategorii bicia piany. Pianę tę ubijałem (na zlecenie producenta ceramiki, który ufundował remont publicznego szaletu), ale nie łgałem. Nie sugerowałem, że tak naprawdę w miejskiej ubikacji funkcjonuje teraz SPA, ani że producent sedesów swym hojnym gestem uratował komuś życie (co najwyżej czystą bieliznę).
Nie protestuję w obronie czystości języka, ale naszej najcenniejszej chyba cechy narodowej, to jest poczucia humoru. To poczucie humoru (i zdrowego rozsądku), pozwalało wyśmiać bełkot narzucany przez kolejnych okupantów. Aż wstyd pomyśleć, że mielibyśmy przetrwać 200 lat cenzury narzucanej siłą przez zaborców i aparatczyków PRL, a skapitulować wobec miękkiej perswazji cwaniaków sprzedających bułki, proszek do prania, czy telefony komórkowe.