Postać gen. Wieniawy-Długoszowskiego przypomina mi bardziej o polskim chamstwie, niż o ułańskiej fantazji.
REKLAMA
Rozważana jest przez warszawskich radnych kwestia nazewnictwa nowych ulic. Jeden z pomysłów przewiduje, by część Trasy Siekierkowskiej nazwać imieniem generała Wieniawy-Długoszowskiego. Jestem za – z przyczyn zupełnie odmiennych, niż intencje radnych.
Jeśli nie wszyscy, to w każdym razie wielu zna i lubi anegdoty o ulubionym adiutancie marszałka Piłsudskiego, Wieniawie-Długoszowskim. Jego wjazd na koniu do Adrii, jego przyjaźń z artystami z Ziemiańskiej. Mi samemu ta postać wydaje się bliska, bo mój dziadek też był kawalerzystą w wojnie polsko-bolszewickiej, i tak samo jak Wieniawa namiętnie pił i romansował. Ale są znacznie bardziej ważkie powody, by wspominać tę tragiczną postać. Powody bardziej współczesne, niż kawaleryjskie szarże (wobec kobiet), czy toasty spełniane ze Słonimskim.
Kiedy początek II Wojny Światowej obnażył beznadziejną słabość naszego oręża wobec nowoczesnych i zmechanizowanych sił niemieckich, gromy posypały się na obóz sanacyjny. Opozycja piętnując „rządy pułkowników” obciążała przedstawicieli sanacji odpowiedzialnością za klęskę wrześniową, padały oskarżenia o zdradę. I rzecz nie w tym, na ile słuszne były argumenty merytoryczne, ale na ile silna byłą nienawiść, podłość, chęć upokorzenia przeciwników politycznych. Dość powiedzieć, że generał Wieniawa-Długoszowski mający być następcą prezydenta Mościckiego, otrzymał nominację ambasadorską na Kubę. W kategoriach politycznych, to był policzek, bo Kuba była placówką pozbawioną jakiegokolwiek znaczenia. ...W kategoriach moralnych, ta nominacja była podłością, bo otrzymał ja żołnierz, który wcześniej za Polskę walczył z bronią w ręku. Pokazano mu tym samym, że bardziej pasuje mu podrzędne stanowisko urzędnicze na krańcu świata, niż przywilej bicia się z wrogiem.
Generał Wieniawa-Długoszowski wkrótce po otrzymaniu nominacji ambasadorskiej popełnił samobójstwo skacząc z okna nowojorskiego domu. I to ta tragiczna śmierć jest znacznie bardziej warta naszej pamięci, niż ułańska fantazja Wieniawy.
Ta przeklęta polska skłonność, by przeciwnika politycznego zmieszać z błotem, odmówić mu jakiegokolwiek szacunku, by nazwać zdrajcą, agentem, pijakiem. Już nawet nie pokonać, ale zniszczyć. Jakież to aktualne!
Obydwie dominujące siły polityczne pomawiają się o najgorsze rzeczy, przypisują najgorsze intencje. Politycy mówią o sobie nawzajem świństwa, za które właściwie powinni dostać po mordzie. ...I okładają się (werbalnie) ku uciesze gawiedzi. Zresztą nie tylko politycy. Nie tak dawno entuzjastyczne reakcje wzbudziło stwierdzenie Maleńczuka, że nieżyjący Prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński często występował publicznie pijany. Ja sam jestem bardzo krytyczny wobec prezydentury Kaczyńskiego, ale na miłość boską, po co obrażać nieżyjącego człowieka? Dlaczego nam się to podoba? Czy umiłowanie prawdy podnieca nasze zainteresowanie, czy dość podła ciekawość, jak jeszcze można kopnąć leżącego. Tak samo zresztą wstrętne są epitety pod adresem obecnego prezydenta Komorowskiego? Można się z kimś nie zgadzać, można kogoś uważać za głupiego nawet, ale pomawiać o zdradę, o współudział w zabójstwie? Cóż za nieokiełznane chamstwo drzemie w tym narodzie, że każdego przeciwnika najchętniej zatłuklibyśmy kołkiem z płota, przydusili jak szczura widłami. Pokonać to za mało, trzeba zajebać!
Ta przeklęta polska skłonność, by przeciwnika politycznego zmieszać z błotem, odmówić mu jakiegokolwiek szacunku, by nazwać zdrajcą, agentem, pijakiem. Już nawet nie pokonać, ale zniszczyć. Jakież to aktualne!
Obydwie dominujące siły polityczne pomawiają się o najgorsze rzeczy, przypisują najgorsze intencje. Politycy mówią o sobie nawzajem świństwa, za które właściwie powinni dostać po mordzie. ...I okładają się (werbalnie) ku uciesze gawiedzi. Zresztą nie tylko politycy. Nie tak dawno entuzjastyczne reakcje wzbudziło stwierdzenie Maleńczuka, że nieżyjący Prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński często występował publicznie pijany. Ja sam jestem bardzo krytyczny wobec prezydentury Kaczyńskiego, ale na miłość boską, po co obrażać nieżyjącego człowieka? Dlaczego nam się to podoba? Czy umiłowanie prawdy podnieca nasze zainteresowanie, czy dość podła ciekawość, jak jeszcze można kopnąć leżącego. Tak samo zresztą wstrętne są epitety pod adresem obecnego prezydenta Komorowskiego? Można się z kimś nie zgadzać, można kogoś uważać za głupiego nawet, ale pomawiać o zdradę, o współudział w zabójstwie? Cóż za nieokiełznane chamstwo drzemie w tym narodzie, że każdego przeciwnika najchętniej zatłuklibyśmy kołkiem z płota, przydusili jak szczura widłami. Pokonać to za mało, trzeba zajebać!
Zawsze przejeżdżając przez Rondo Jazdy Polskiej wspominam moim dzieciom o „chłopcach malowanych”, o moim dziadku – oficerze kawalerii. Jeśli powstanie ulica Wieniawy-Długoszowskiego, opowiadać będę nie o wyjątkowo polskiej ułańskiej fantazji, ale o wyjątkowo polskiej chamskiej zapiekłości.
