Jakkolwiek zrozumiała jest empatia dla ofiar przemocy domowej, brak zrozumienia dla agresorów oddala rozwiązanie problemu. W końcu chodzi o to, żeby przemocy nie było, a nie o to, byśmy dali folgę swym emocjom wymyślając facetom (przeważnie) od psychopatów i skurwysynów.
REKLAMA
Przypomina mi się autentyczny przypadek z praktyki lekarskiej mego ojca. Otóż jedna z jego pacjentek, starsza pani, prosiła o jak najsilniejsze środki przeciwbólowe. Na pytanie ojca o podłoże bólu pacjentka wyjaśniła, że jej dorosła córka jest bardzo nerwowa, a jak się silnie denerwuje, to gryzie jej ręce do krwi. Ten przykład sprzed lat ukazuje z pewnością przesadną empatię wobec sprawcy agresji, ale pokazuje jak bardzo różnie podejść można do przemocy domowej.
Nie sugeruję broń Boże, by bitym i upokarzanym ofiarom zapisywać środki przeciwbólowe, czy antydepresyjne. Bezwzględnie należy im się opieka, ochrona, wsparcie. Co jednak zrobić z agresorami? Czy pomożemy ofiarom, jeśli agresorów nazywać będziemy psychopatami, sadystami, dewiantami. Tak łatwo i przyjemnie ulżyć sobie wkręcając się w spiralę przemocy. Pod każdą notatką o pedofilach czy sprawcach przemocy domowej pełno jest komentarzy w stylu: wykastrować, zatłuc, zrobić z dupy jesień średniowiecza...
Nie ważyłbym się podejmować tematu współwiny, współodpowiedzialności za przemoc. Stając w obronie sprawców przemocy nie myślę umniejszać ich winie, ani obciążać nią ofiary. Myślę jedynie, że wyładowanie naszych złych uczuć wobec sprawców niczego dobrego nikomu nie przyniesie. Nikomu, a więc także ofiarom. Nazwanie faceta psychopatą, dewiantem, skurwysynem skutkuje jedynie tym, że pozostaje on jeszcze bardziej sam z problemem, z którym i tak sobie nie radzi. Ostracyzm (słuszny) wobec przemocy należy oddzielić od nienawiści wobec sprawców. Maltretowanie żony czy dzieci jest oczywiście moralnie wstrętne, ale nie po to wynaleziono psychologię, czy medycynę, by poprzestawać na epitetach: skurwysyn, bydlak. Rozumiem, że myśleć trzeba przede wszystkim o ofiarach, ale przecież to z myślą o nich trzeba pomóc także sprawcom. Nie pozamykamy ich wszystkich w więzieniach, by (ku naszej satysfakcji) współwięźniowie robili im z dupy jesień średniowiecza.
Jeśli nasza empatia wobec ofiar ogranicza się do odczuwania nienawiści wobec sprawców, to rozładowujemy własne frustracje, ale ofiarom nie pomagamy. Zgadzam się z Hanną Lis, że „absolutnie nic nie usprawiedliwia stosowania jakiejkolwiek formy przemocy wobec drugiej osoby”, co nie znaczy, że nie należy przyczyn tej przemocy dociekać, a sprawcę starać się zrozumieć - by w miarę możliwości - leczyć.
