Zdaję sobie sprawę z istnienia wybitnych osiągnięć polskich designerów, ale próbuję dociec, dlaczego najbardziej dostrzegalnym na rynku przejawem ich aktywności są duperele sprzedawane w sieci. Dlaczego kreatywność dostrzegalna na styku off-u i komercji w skali mikro, nijak nie przekłada się na szerszy rynek?

REKLAMA
Jest bardzo wiele stron internetowych ukazujących prace naszych projektantów. Najczęściej jednak monetaryzacja tych osiągnięć polega na sprzedaży wysyłkowej drobiazgów. Trudno doszukać się przełożenia polskiej sztuki na polski przemysł. Jesteśmy trzecim pod względem wielkości eksporterem mebli w Europie, sprzedaliśmy ich w 2011 roku za granice za 6,5 miliarda euro. Dlaczego więc, do cholery, nie ma ani jednej liczącej się i rozpoznawalnej przez klientów europejskich polskiej marki mebli? Bo konkurujemy głównie ceną, czy raczej korzystnym stosunkiem ceny do jakości. Eksportujemy mnóstwo mebli tanich i bardzo tanich. Robimy też meble lepsze, bardziej wyszukane, ale jako podwykonawcy zachodnich marek. Dolski design, jako pojęcie rozpoznawalne na rynku praktycznie nie istnieje. Zdechł, a paradoksalnie, dobił go prywatny przemysł. Polscy producenci przez minione 2 dekady orientowali swoje strategie na konkurowanie ceną. Szalonej koniunktury w polskim meblarstwie nie wykorzystano na wypracowanie i wypromowanie ciekawego stylistyki, marek cenionych za rozpoznawalny styl. Dziś, kiedy coraz trudniej nam konkurować niską ceną, chociażby ze względu na rosnący eksport Chin, boleśnie zaczynamy odczuwać brak stylów polskich mebli.
Rozmawiałem ostatnio z właścicielem fabryki mebli o rocznych obrotach ok 60 mln zł. Przedsiębiorca ten dorobił się na podwykonawstwie dla wielkiej sieci handlowej, a teraz postanowił produkować meble dziecięce pod własną marką. Kiedy zapytałem o projekty, z dumą oznajmił, że znalazł studentki, które opracowały mu je za 5 tys zł. Był zadowolony, bo profesor do którego najpierw się zwrócił w tej sprawie zażyczył sobie 20 tys. Myślę, że ten przypadek (przysięgam, że prawdziwy) pokazuje jak w soczewce pewien problem. Problem lekceważenia komercyjnego znaczenia sztuki. Czy nie jest idiotyczne, że przedsiębiorca, który na samochody dla siebie, żony i syna wydał około miliona zł, na zaprojektowanie linii mebli mających określić jego własną markę waha się przeznaczyć 20 tys zł. Nie wdaję się wcale w to, na ile lepsze projekty był w stanie zaproponować profesor, w porównaniu z tymi trzema studentkami. Chodzi mi o biznesowe postrzeganie wartości stylu.
Nie domagam się by wszyscy projektanci zarabiali krocie i kąpali się w ptasim mleku. Rzecz jednak w tym, by biznes chciał poszukiwać najbardziej udanych projektów, chciał w nie zainwestować, i na nich zarobić. Ciągłe postrzeganie artysty jako obdartusa, który z wdzięcznością, za parę stówek machnie dla nas fuchę kończy się bolesną katastrofą.
Nie jest moją intencją deprecjonować osiągnięcia polskich projektantów, ani biznesmenów. Jedni mają ciekawe projekty, drudzy Lexusy. Szkoda tylko, że jakoś nie znam polskich projektantów mających Lexusy i polskich przedsiębiorców mających ciekawe projekty.