Wyjaśniam od razu: nie jestem niestety kolegą prof. Bartoszewskiego, ale jest powód, dla którego chciałbym tak właśnie zatytułować relację z naszego dzisiejszego spotkania.

REKLAMA
Zarabiam na życie między innymi jako operator obrazu i z tego względu zdarza mi się gościć w bardzo różnych miejscach, jak naprzykład w burdelach, szpitalach psychiatrycznych, posterunkach policji, czy siedzibach najwyższych władz państwowych. O ile mowa o tych ostatnich przybytkach, to wizyta (o ile jest zapowiedziana) wygląda zwykle następująco. Najpierw waruje się w nieskończoność pod jakimiś cholernymi drzwiami z dala od bufetu i toalety, by po kilku godzinach wyszedł z tych drzwi jakiś oficjel i rzucił od niechcenia, że nie ma dla nas czasu. Dziennikarz zaczyna jęczeć i przymilać się, co czasem przynosi ten skutek, że oficjel zgadza się wypowiedzieć kilka bełkotliwych zdań. Jeśli bełkoce na temat swoich przeciwników politycznych, to z grubsza można się połapać, kogo zamierza obrazić, kto jego zdaniem jest zdrajcą i imbecylem. O ile jednak wypowiedź ma mieć charakter merytoryczny, tj. związany z jakimś zagadnieniem, to jest to zazwyczaj bełkot dramatycznie pozbawiony sensu. Tak jest w przeważającej liczbie przypadków, co wyjaśnia dlaczego - w slangu dziennikarzy politycznych - sejm określa się jako „małpiarnię”.
Dziś byłem w URM-ie, by zarejestrować kamerą wypowiedź prof. Bartoszewskiego. Po pierwsze, wpuszczono nas wcześniej do gabinetu, byśmy nie czekali na korytarzu. Po drugie, zaproponowano kawę pod nieobecność głównego gospodarza. Kiedy ten się już zjawił (punktualnie, bo to my byliśmy przed czasem), przywitał się podaniem ręki z każdym z członków ekipy. Tu wyjaśniam, że to absolutna rzadkość, bo zazwyczaj, kiedy już oficjel postanawia obłaskawić przedstawicieli czwartej władzy, to swą wyniosłą przychylność ogranicza do dziennikarza, zaś operatora i dźwiękowca traktuje niczym psie gówno, tj. nie dostrzega wcale.
Właściwie to nie grzeczność wobec ekipy telewizyjnej zrobiła na mnie największe wrażenie, ale zwykła ludzka grzeczność i życzliwość wobec pani podającej kawę, którą profesor Bartoszewski nazywał koleżanką. Mianem tym zresztą zwracał się do wszystkich swoich współpracowników, z których każdy mógłby być jego wnukiem. Zdążyłem się zorientować, że nie jest to maniera, ani konwencja grzecznościowa. Ten „przedwojenny” pan realizuje grzeczność poprzez szacunek do innych ludzi. Choć formacja intelektualna, osiągnięcia życiowe, czy pozycja w hierarchii Urzędu Rady Ministrów sytuuje Bartoszewskiego parę pięter powyżej pani która podaje kawę, to on autentycznie traktuje ją po koleżeńsku – co nie znaczy poufale. Bo prawdziwy przedwojenny dżentelmen wie, że grzeczność wobec kobiety nie polega na wyszukanej galanterii, jaką zwykli raczyć panie wąsaci donżuani po wypiciu 100 gram wódeczki. Grzeczność, to szacunek i życzliwość, którą dopiero zasłużyć sobie można na przywilej poufałości. Na koniec naszego spotkania profesor ujął mnie ludzkim gestem bo... poprosił, byśmy poustawiali ciężkie (pamiętające Cyrankiewicza) krzesła w porządku, w jakim je zastaliśmy przed aranżowaniem naszego skromnego planu zdjęciowego. Wyjaśnił przy tym, że jemu samemu ze względu na wiek ciężko jest dźwigać te potwornie ciężkie meble, a nie chciałby tym fatygować swoich koleżanek (asystentki i sekretarki).
Po cóż właściwie relacjonuje błahe w istocie (z perspektywy prof. Bartoszewskiego na pewno) spotkanie? Dlaczego rozpływam się nad grzecznością, jakiej miałem przecież prawo się spodziewać? Nie sądzę, bym wstrząsnął czytających opisem dobrych manier, ale chciałbym zwrócić uwagę na coś, co mnie samego poruszyło. Można otóż grzeczność studiować z podręczników dla nastolatków, zapamiętywać sugerowane formy i zwyczaje. Wszystko to jest jednak gówno warte w porównaniu z autentyczną kulturą osobistą, z prawdziwym szacunkiem dla innych ludzi. I jeśli miałbym sprowadzić swoje dzisiejsze obserwacje do jednej konkluzji, to brzmiała by ona: w grzeczności wobec innych ludzi forma jest najmniej ważna. Tak naprawdę, chodzi o treść...