Jakich mediów chcemy? Bo postulat, aby filmy Woody Allena emitować przed 23. to trochę za mało.

REKLAMA
Wiele osób (w tym piszący te słowa) miały za złe Miecugowowi tłumaczenie mizeroty polskich mediów poziomem oczekiwań odbiorców. Pozostawmy jednak kwestię wskazywania winnych. Zamiast miotać oskarżenia, lepiej sformułujmy nasze oczekiwania. Bo postulat, aby filmy Woody Allena emitować przed 23. to trochę za mało.
Dumni byliśmy z sukcesu Euro 2012. Czy mamy pewność, że równie dobrze, jak turniej piłkarski wypadłaby u nas paraolimpiada. Czy u nas również stadiony wypełnione byłyby po brzegi widzami chcącymi śledzić zmagania paraolimpijczyków (może nie para-, a prawdziwych olimpijczyków!). Śmiem wątpić, ale nie dlatego, że jesteśmy z natury mniej wrażliwi i rozumni niż Anglicy. To nie kwestia natury, a BBC! Anglicy od dekad oglądają jedną z najlepszych na świecie telewizji publicznych, która nie tylko bawi, ale i uczy. Ważne procesy zachodzące w świadomości społeczeństw, takie jak uwrażliwienie na losy emigrantów, osób niepełnosprawnych, zjawiska przemocy w rodzinie, czy równouprawnienie kobiet – to dokonuje się w olbrzymiej mierze za sprawą mediów. Odczuwanie i zrozumienie świata zależy od tego, co widzimy, słyszymy (bo czytamy dość rzadko). Jeśli chcemy być światłym, rozumnym społeczeństwem, to nie wolno lekceważyć faktu, że w statystycznym polskim domu telewizor jest włączony przez ponad 4 godziny na dobę. Nie chcę, by to zabrzmiało zbyt socjotechnicznie, czy arogancko, ale społeczeństwo się wychowuje, coś mu się tłumaczy, czymś próbuje zainteresować. BBC od zawsze stara się tłumaczyć widzom świat, by mogli sami – jako wyborcy i obywatele – podejmować rozumne decyzje.
Co tłumaczy się polskim widzom? Nic właściwie, bo dominuje uświęcony dogmat, że telewizja to emocje. Każde wydarzenie, każde zjawisko musi być ukazane w sposób, który emocje wyzwala. Ten prymat emocji skutkuje mizerotą intelektualną – tak jak w marnej garkuchni: im mniej smaku, tym więcej przypraw! Sypie się zatem same przyprawy: trupy, zapłakane matki, wściekli kibice, kradnący politycy, bankrutujący budowlańcy, głodujący bezdomni. Trzeba tak epatować emocjami, że nie ma czasu, by się zastanowić, dlaczego ci kibice są tacy agresywni, dlaczego firmy budowlane bankrutują, matki płaczą, politycy kradną. Dam przykład afery „matki Madzi”. Wszyscy już wymiotują tym tematem, a ja mam wciąż deficyt. Deficyt jakiejkolwiek informacji o nieodosobnionym przecież problemie depresji młodych kobiet, problemów wychowawczych. Czy kto widział w telewizji rozumny materiał poświęcony temu, jak sobie radzić, kiedy własne dziecko nas męczy, kiedy miłość wcale nie jest uczuciem dominującym? Do kogo się zwrócić po pomoc?
Z bieżących tematów: Katarzyna Figura – bił ją ten mąż, czy nie bił? Stosunek wobec przypadku znanej aktorki ma być papierkiem lakmusowym naszej wrażliwości. A co z innymi przypadkami, które rzeczywiście potrzebują naszego zaangażowania – jak reagować, kiedy widzimy zapuchniętą od łez koleżankę z pracy, kiedy słyszymy nocą płacz za ścianą? Ten temat media mają w dupie, bo jest dalece mniej ciekawy niż życie celebrytki. Psycholog, który mógłby coś rzeczywiście wyjaśnić, coś poradzić nie będzie zaproszony do studia – bo przecież sam się nie popłacze, więc emocji nie będzie.
Tak samo rzecz się ma z polityką: niezależnie od zagadnienia, najważniejszy jest zapewniający emocje dobór gości – jak jurorów w teleturnieju. Czy ktoś może mieć nadzieje na zrozumienie jakiegokolwiek problemu, kiedy referować go będzie duet Niesiołowski i Kępa? Przecież wszyscy wiemy, że oni skupią się wyłącznie na tym, co wzajemnie myślą o sobie. Wiedzą to też wydawcy i dziennikarze, i właśnie dlatego zawsze zapraszają do udziału w programach efektownych harcowników, a nie tych myślących, umiejących dyskutować. Jeśli tak konstruuje się publicystykę polityczną i społeczną to nie dziw, że najbardziej rozpowszechnionym, acz niezbyt wysublimowanym poglądem jest, że „wszyscy są kurwy, zwyrodnialcy i złodzieje”.
Zafrapowany recenzją Anny Włodarczyk, obejrzałem w internecie program Masterchef. Wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że gotowanie jest w nim tylko pretekstem do wyzwalania emocji uczestników – kto kogo lubi, a kto nie, kogo juror doprowadzi do płaczu, kto się załamie, kto zwycięży. A że są to emocje zbudowane właściwie na niczym, na wyimaginowanej sytuacji, to tym lepiej – odwróćmy się dupą od rzeczywistości, przenieśmy w świat telewizji. Najbardziej charakterystyczne dla tego programu wydało mi się zdanie wypowiadane przez jednego z uczestników na samym początku, kiedy cała intryga się mota, kiedy poznajemy uczestników i jurorów. Otóż młody uczestnik relacjonujący nam przełomowy życiowo moment rozpoczęcia programu, bardzo precyzyjnie określa swój stan mówiąc: „jedyna myśl: WOW!”.
Jeśli tolerować będziemy zbudowane wyłącznie na emocjach, a pozbawione sensu programy, skutki społeczne będą podobne do tych, jakie przyniosłoby upowszechnienie diety opartej wyłącznie na wacie cukrowej. Nie zdziwmy się bowiem, że w momentach ważnych, przełomowych, rozstrzygających o własnym życiu i przyszłości państwa, w głowach współobywateli pozostanie jedyna myśl: WOW!