„KIEDY podniesiemy wynagrodzenia tak, aby politycy nie musieli kraść?” - grzmi Palikot, nasz kandydat na męża opatrznościowego narodu. To kompromitujący dla polityka, ale dość niestety rozpowszechniony pogląd, że jak się ma mało, to trzeba kraść.
REKLAMA
Skoro kraść z nędzy musi osoba zarabiająca „dychę” (bo tyle z grubsza wynosi uposażenia posła) to co mają powiedzieć pozostali obywatele? Powtarzanie takich bredni jest nie tylko naganne moralnie, ale i ukazuje całkowite oderwanie się od rzeczywistości, z którą mierzą się na co dzień obywatele (podatnicy utrzymujący polityków!).
Postulat „godnego uposażenia” polityków powtarza się, choć nie zawsze motywowany przymusem wchodzenia w konflikt z siódmym przykazaniem. Dlatego warto wyjaśnić kwestię zasadniczą. Otóż są na świecie okrzepłe już demokracje, w których przepustkę do polityki daje sukces życiowy, kompetencje, pozycja w jakimś środowisku. Ludzie chętniej głosują na kogoś, kto może się poszczycić własnymi osiągnięciami, bo po pierwsze, wolimy zwycięzców, niż nieudaczników, po drugie, liczymy że doświadczenie zdobyte we własnym życiu da się spożytkować dla dobra ogółu. Tak jest w krajach anglosaskich, gdzie wyborcy rozumieją potrzebę płacenia wyższych uposażeń pracownikom o wysokich kwalifikacjach (uznanym prawnikom, przedsiębiorcom, specjalistom rozmaitych dziedzin), by skłonić ich do pracy w parlamencie.
W Polsce, ku memu szczeremu żalowi, panuje zupełnie odmienny model. Utrudzeni szarym życiem rodacy najwyraźniej łakną rozrywki podczas kolacji spożywanej w czasie oglądania wieczornych wiadomości. Tylko zamiłowaniem do czarnego humoru należy tłumaczyć fakt, że wybieramy dziwaków, fantastów, pokraki intelektualne i niedorajdy. Większość posłów to ludzie, dla których kariera posła jest największym, a czasem jedynym sukcesem życiowym. Podobnie jest z zatrudnionymi z klucza politycznego w samorządach i spółkach o kapitale publicznym. Najlepszym tego dowodem jest, że korupcja polega na załatwieniu im posady w miejskich zakładach kanalizacyjnych, ośrodku pomocy społecznej, czy innych instytucjach nie słynących przecież z wysokich zarobków. Jak to jest, że ta hołota garnie się do wszelkiej maści spółek i spółeczek komunalnych? Czyżby z ich wyjątkowych kompetencji nie chciał korzystać PriceWaterhouseCoopers?
Ja sam żałuję, że obraz polskiej klasy politycznej prezentuje się tak mizernie, ale samo podnoszenie uposażeń niewiele zmieni. Wszak żaden z polityków pozatrudnianych na lukratywnych kontraktach w spółkach państwowych nie stał się Billem Gatesem. Dziwię się i żałuję, że Palikot - polityk, któremu wstęp do działalności publicznej utorowały własne sukcesy biznesowe - nie rozumie tak prostych rzeczy.
