Matka, na skutek mitu o prymacie macierzyństwa nad ojcostwem, przywiązywana jest do łóżka chorego dziecka jak cham do ziemi. To co zdawać by się mogło przywilejem, jest w istocie kieratem!

REKLAMA
Skądinąd sympatyczna akcja firmy telekomunikacyjnej instalującej telefony na szpitalnych oddziałach dziecięcych nosi znamiona seksizmu - to dość oczywiste. Nie wiem jedynie czy równie oczywiste jest, że z tym pozornie antymęskim seksizmem winny walczyć również feministki.
logo
"Telefon do Mamy"

Nie myślę angażować się w spór o wyższości macierzyństwa nad ojcostwem, czy odwrotnie. Wyjątkowa, silniejsza więź pomiędzy rodzicem a dzieckiem jest kwestią tego, kto więcej i troskliwiej się dzieckiem zajmuje – tak wynika przynajmniej z mego doświadczenia. Kiedy ja bardzo intensywnie pracowałem – dzieci bezwzględnie lgnęły do matki. Kiedy zaś żona intensywnie angażowała się na uczelni a ja pracowałem dużo mniej, wołały „tata” ilekroć rozbiły kolano w parku. Dziecko czerpie poczucie bezpieczeństwa z obecności tej osoby, która się nim na co dzień zajmuje – ot i wszystko.
Naprawdę nie chciałbym zaszkodzić akcji instalowania telefonów, ale ten „telefon do mamy” rozwścieczył mnie silnie, kiedy spędzałem wczoraj 13 godzin na oddziale szpitalnym przy łóżeczku mego synka. A powinien bulwersować nie tylko mnie (czy innych ojców), ale przede wszystkim matki. To one na skutek mitu o prymacie macierzyństwa nad ojcostwem przywiązywane są do łóżek chorych dzieci jak cham do ziemi. To co zdawać by się mogło przywilejem, jest w istocie kieratem. No bo skoro tylko matka coś może, to właśnie matka musi – w tym rozumowaniu nie ma chyba luki. Skoro tylko matka daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, to właśnie ona musi trwać na posterunku. Zresztą katalog czynności które matka robi rzekomo lepiej jest obfity: nikt tak nie gotuje, nikt tak nie usypia, nikt tak nie czyta bajek – warto tylko zwrócić uwagę, że ten katalog wyższości tożsamy jest z katalogiem obowiązków.
Nie tylko kobiety są ofiarami poglądu o ich wyższości w jakichś kwestiach. Faceci rzekomo lepiej „dbają o dom” co jest równoznaczne z bezwzględnym obowiązkiem zapierdalania przynajmniej do pierwszego zawału. Mam dwóch znajomych, którym jakoś tak się potoczyło życie zawodowe, że po czterdziestce zarabiają mniej, niż ich żony. I choć obaj wspaniale zajmują się dziećmi, to żaden nie umie odpuścić zawodowych wyzwań. I rzecz nie w ambicjach - obaj bardzo aktywnie pracowali, odnosili sukcesy, a teraz są wypaleni i lepiej się czują jadąc z dzieciakami na basen, niż na zebranie w pracy. Ich żony zaś, poświęciwszy dekadę na odchowanie dzieciaków teraz mają parę na zawodowe wyzwania. No i git! Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że żaden z moich znajomych nie jest w stanie spokojnie przyjąć takiego „płodozmianu” - miotają się jak kot z pęcherzem. Myśl, że to żona płaci rachunki boli ich jak przerost prostaty. Myślę, że podobny dyskomfort odczuwają matki, które siedziałaby w pracy podczas gdy dziecko (wraz z ojcem) byłoby w szpitalu. Podobnie niesprawiedliwe reakcje otoczenia wyzwala matka poświęcająca się karierze, jak i ojciec, który akceptuje, że mniej zarabia i więcej zajmuje się domem. ...Choć pewnie „wyrodna matka” wyzwala więcej agresji, zaś „skapcaniały mąż” więcej pogardy.
Przysięgam, że mógłbym napisać jeszcze bardzo wiele mądrych rzeczy, ale muszę się zająć moim synkiem. ...Bo nie dam sobie wmówić, że żona robi to lepiej!