Zazwyczaj zakażenie syfilisem, jak i każdą inną chorobą weneryczną, jest wynikiem uprawiania seksu z zarażoną osobą – tak jest na całym świecie. W Polsce rozprzestrzeniła się jednak pewna uciążliwa odmiana kiły, która jest całkowicie oderwana od swej grzesznej genezy, bo z seksem nie ma nic wspólnego. Nasz rodzimy krętek blady rozprzestrzenia się wyłącznie poprzez siadanie na zainfekowanej desce klozetowej, czy cholera wie jak...
REKLAMA
Opowieść o naszym rodzimym krętku bladym poprzedzić musi krótkie wprowadzenie. Otóż realizuję ostatnio zdjęcia do cyklu dokumentalnego nie mającego niestety z seksem nic wspólnego, bo poświęconemu sanktuariom maryjnym. Ta zaszczytna służba sztuce przywiodła mnie do sennego miasteczka położonego w Sudetach. Dokumentując życie małej społeczności trafiłem na próbę lokalnej męskiej orkiestry dętej. Panowie w wieku raczej podeszłym przyjęli nas przyjaźnie, grali spontanicznie, rozmawiali chętnie. Jako że miasteczko zamieszkuje ludność napływowa, szybko okazało się, że wszyscy pochodzą z terenów kresów wschodnich II Rzeczpospolitej. Tu niezorientowanym muszę ujawnić obiektywną prawdę, że ludzie wschodu to ci najżyczliwsi, najsympatyczniejsi, w ogóle najbardziej wartościowi. A że większość mojej rodziny pochodzi również ze wschodu, zaczęliśmy rozmawiać - jak to swojacy. Panowie odłożyli instrumenty, ja schowałem kamerę do futerału, i zaczęły się opowieści „kto gdzie się rodził, co widział”. Miejscowi artyści spodziewając się wizyty „telewizji” wypili uprzednio dla kurażu, atmosfera była więc znakomita – jedyne co nas różniło, to odmienność w spojrzeniu na kwestię, które miasto jest najpiękniejsze na świecie: Wilno, czy Lwów. Jako, że mój ojciec rodził się w Wilnie, a ojczym we Lwowie, z łatwością lawirowałem pomiędzy oboma frakcjami.
I nagle, jeden z gospodarzy, najmłodszy w orkiestrze bo około sześćdziesięcioletni, wspominając piękne przedwojenne czasy przywoływać zacząć krzywdy doznawane przez Polaków od chciwych wyzyskiwaczy, Żydów. Odgrywając scenkę targu zboża zaczął żydłaczyć, wyśmiewać i urągać Żydom. Szacunek dla mych krajan, kazał mi wyznać szczerze, że mój ojciec pochodzący z Wilna był wprawdzie również antysemitą, ale już mój ojczym ze Lwowa - Żydem. Wszyscy panowie przyjęli mą deklaracje z grzecznością należną gościowi, a Pan wyrzekający uprzednio na Żydów pospieszył z opowieścią, jak to jego ciocia podczas okupacji pomagała żydowskiej rodzinie. Nasza kresowa solidarność wytrzymała więc próbę ognia, bo nie mogę powiedzieć, by stosunek gospodarzy do mnie zmienił się choćby o jotę. ...Choć stosunek miejscowego antysemity do samych Żydów niestety również się nie zmienił, bo potem dźwiękowiec wieczorem opowiedział mi, jak w sieni, pod moją nieobecność, wysłuchał dowcipu o Żydach w obozie koncentracyjnym.
Strasznie mi się zrobiło żal! Wspólnego Lwowa, Wilna, wspólnych Żydów, i wspólnego wstydu. Fakt, że arendarze wyzyskiwali chłopów jest wysoce prawdopodobny, ale przecież ich prawdziwe i urojone szachrajstwa dawno już nam nie zagrażają. Nie ma już tych pagórków leśnych, łąk zielonych, ani pól malowanych zbożem rozmaitem. Pola wcielono do kołchozów, nas wysiedlono, Żydów zabito. Zostało trochę wspomnień, plik zdjęć, parę srebrnych łyżeczek, i ta tląca się niechęć, żółć, podłość (bo dowcipkowanie na temat mordowania ludzi, to więcej niż niestosowność).
Minęło niemal siedemdziesiąt lat od wojny, która położyła kres całemu światu rozgrywającemu się w dorzeczu Niemna, Dniestru. Światu, który moi bliscy wspominali ze łzami w oczach, a który ja widzę jako krainę prawdziwej wielkości Rzeczpospolitej. Wielkości opartej na tolerancji – o której przekonuje mnie choćby fakt własnego pochodzenia - w moich żyłach płynie krew polska, niemiecka, rusińska, węgierska, ormiańska, tatarska. Sławiona tolerancja miała swe wyjątki, jak to zawsze, gdy ludzie ze sobą rywalizują, kłócą się, wadzą. Zdarzały się konflikty, czy nawet pogromy, jednak to nie one stanowiły normę.
Daleki jestem od pochopnych ocen moralnych, szczególnie w kwestiach obyczajowych. Wyznać jednak muszę, że z mniejszym wstydem zniósłbym kiłę nabytą za sprawą ulegania grzesznym namiętnościom, niż zainfekowaną poprzez siadanie gołą dupą na brudnej desce klozetowej. W pierwszym przypadku, bolesne zastrzyki penicyliny koiłyby upojne wspomnienia, w drugim, cierpienie fizyczne wzmagałoby dodatkowo zażenowanie. Antysemita, który Żydów na oczy nie widział robi więc na mnie równie smutne i groteskowe wrażenie, jak zarażone syfilisem nastoletnie pacholę, które dopiero co poznało uroki masturbacji.
Nie było moim celem dociekanie genezy polskiego antysemityzmu. Chciałem jedynie dać wyraz goryczy, że antysemityzm utrzymuje się w Polsce nawet pomimo braku Żydów. Znowu wychodzi na to, że przed wojną wszystko było lepsze, bo byli prawdziwi antysemici i prawdziwi Żydzi. Dziś prawdziwych Żydów już nie ma, a pozostali nam jedynie zasrani „judeosceptycy”...
P.S. Wyjaśniam, że nasuwające się podobieństwo pomiędzy przywołaną postacią pacholęcia oddającego się onanii, a jakimkolwiek, choćby hipotetycznym działaczem Młodzieży Wszechpolskiej jest jak najbardziej przypadkowe, acz nie pozbawione sensu.
