Teza, że Maryja przybliża nas do Boga zdaje się z gruntu fałszywa, bo to właśnie jej osoba pozwala nam ze względnym spokojem sumienia uniknąć zetknięcia z samym Bogiem, którego najwyraźniej się boimy. Mało tego, pewnie Go wcale nie lubimy...

REKLAMA
Skończyłem właśnie zdjęcia do cyklu dokumentalnego poświęconego sanktuarium polskim. Przez kilka miesięcy odwiedzałem rozmaite świątynie - a że wszystko to były sanktuaria maryjne, nasunęły mi się pewne spostrzeżenia dotyczące polskiego katolicyzmu.
Zacząć muszę od krótkiego zastrzeżenia, że tekst niniejszy nie jest pomyślany jako kpina, czy szyderstwo pisane ku uciesze niechętnych kościołowi osób. Jakkolwiek sam sceptycznie podchodzę do kamieni, na których widać ślady stóp Matki Boskiej, czy zaschniętej na obrazie krwi – spotkałem dziesiątki osób mądrych i szlachetnych, a czasem tylko bardzo wrażliwych, dla których te kamienie i te obrazy są święte. Można oczywiście nie podzielać ich poglądów, nie przeżywać podobnych uczuć, ale obrażanie ich uważam za wyjątkowe chamstwo. Chamstwo i głupotę, bo trzeba być wyjątkowo prymitywnym, by każdy przejaw duchowości religijnej klasyfikować jako ciemnotę. Jeśli więc drodzy czytelnicy, o ile tacy się znajdą, chcielibyście się pośmiać z plebejskiego katolicyzmu i utwierdzić w przekonaniu, że rozum, piękno i dobro są wyłącznie po stronie „sił postępu” – darujcie sobie lekturę mego tekstu.
Udzieliwszy tych niezbędnych wyjaśnień zmierzam do meritum, to jest do moich spostrzeżeń dotyczących Matki Boskiej.
Spędziwszy kilka miesięcy w kilkunastu sanktuariach maryjnych mogłem przyjrzeć się nieco temu szczególnie polskiemu rysowi katolicyzmu, to jest kultowi maryjnemu. I pragnę się podzielić swym zaniepokojeniem, bo w moim skromnym przekonaniu, zamiast przybliżać nas do Boga, postać Maryi – tak jak jest w polskim kościele powszechnie traktowana – oddala nas od Niego, alienuje, wypacza, stępia religijną wrażliwość i intelektualną otwartość, z jaką winno się Boga poszukiwać.
Protestanci słusznie podnoszą, że Maryja nie jest osobą boską, przez co nie należy jej się kult należny Bogu w Trójcy Jedynemu. Słuszne to, ale ja zauważyłem (być może mylnie), że to właśnie nie boskość, a człowieczeństwo Maryi zaskarbia sobie nasze dla niej względy. Jaką ją bowiem widzimy?
„Matka, która wszystko rozumie,
Sercem ogarnia każdego z nas.
Matka zobaczyć dobro w nas umie,
Ona jest z nami w każdy czas.”
To refren najbardziej chyba znanej pieśni maryjnej. Wynika z niego, że Maryję traktujemy po prostu jako matkę – licząc przy tym na matczyne, a więc bezkrytyczną i bezwarunkową wyrozumiałość. Ona jest zawsze dobra, zawsze kochająca, zawsze dostrzeże w nas dobro. Nawet jeśli się kurwimy, bierzemy łapówki, chlamy wódę i bijemy dzieci – matka się od nas nigdy nie odwróci. I to dlatego, niczym wyrostek, który narozrabiawszy woli iść do marki niż do ojca, zwracać wolimy się do Maryi. Przecież matka to matka, nigdy do głowy by jej nie przyszło, by karać nas śmiercią. A Bóg rzucił kiedyś mimochodem, że „karą za grzech jest śmierć”, co powinno bezmiernie trwożyć każdego z nas. Nawet jeśli odrzucimy srogie starotestamentowe cytaty, to trudno oprzeć się wrażeniu, że Pan Bóg jasno określa reguły gry: stawa nam kilka warunków i wspomina o dokuczliwych i rozciągniętych w czasie sankcjach, którym na imię piekło.
Teza, że Maryja przybliża nas do Boga zdaje się z gruntu fałszywa, bo to właśnie jej osoba pozwala nam ze względnym spokojem sumienia uniknąć zetknięcia z samym Bogiem, którego najwyraźniej się boimy. Mało tego – pewnie Go wcale nie lubimy, o miłości nie wspominając. Jesteśmy BogoBOJNI – i to stanowi podstawę i treść relacji z Bogiem, Maryję zaś kochamy! Głównie zresztą za to, że ona nas bezwarunkowo kocha – jak zwykliśmy sobie wyobrażać.
Napraszamy się bez umiary tej umęczonej starej Żydówce z wszystkimi dziennymi sprawami, z losami rodzin, miast i państwa całego – wiedząc przy tym, że ona sama nic zrobić nie może. Prosimy więc o wstawiennictwo u syna. Ujawnia się tym samym w nas prymitywna prowincjonalna mentalność właściwa działaczom PSL średniego szczebla. Szukamy dojścia, protekcji, wstawiennictwa. Jest to logicznie całkiem bez sensu, a teologicznie wręcz grzeszne, bo jakiż wizerunek Boga mieć trzeba, żeby szukać protekcji zamiast zwrócić się bezpośrednio do niego z ważną dla nas sprawą. Pan Bóg jest dla nas jak niedostępny prezes koncernu, do którego nigdy sami nie dotrzemy, a nawet jeślibyśmy przypadkowo do niego dotarli, to on nas nie wysłucha, a pewnie się nawet rozgniewa. Kombinujemy więc, żeby może przez mamusię, może przez jakiegoś kumpla, jakiegoś znajomka, pociotka. Czyli że Bóg ma nas w dupie, i trzeba, żeby dajmy na to jego mama w czasie sprzyjającym, przy dobrym usposobieniu (może po obiadku) wspomniała: o może byś synku zrobił coś dla tego czy owego. Najwyraźniej uważamy, że normalnie, w godzinach urzędowania taki zasraniec jeden nie mógłby się do Boga dopchać, a poza tym bez wyszeptanego słówka życzliwej osoby, sprawa przez wieki całe będzie „w załatwieniu” - jak zwykł się wyrażać Nikodem Dyzma.
Wsiowa mentalność każąca poszukiwać protekcji w zetknięciu z każdą władzą jest śmieszna na płaszczyźnie obyczajowej, ale głęboko zatrważająca na płaszczyźnie teologicznej. O ile bowiem całkiem słuszne jest postrzeganie Boga jako władzy, to niedostrzeganie jego wszechmocy i nieskończonej miłości wydaje mi się głęboko sprzeczne z katechizmem. Biorąc to pod uwagę uważam, że kult maryjny jest szkodliwy, bo pozwala Boga unikać nawet tym, którzy weń wierzą.