Kuroń przekonywał niegdyś zbuntowanych robotników, by nie palili komitetów (partii), ale by je sami zakładali. Niepomna tego pięknego wzoru Gazeta Wyborcza odmawia narodowcom prawa do... debaty publicznej.
REKLAMA
Przeczytałem właśnie alarmujący tekst na stronach Gazety.pl o tym, że ONR i Wszechoplacy organizują na uczelni wyższej spotkanie, a jej władze tłumaczą swą zgodę tym, że „jedynie wynajmują salę”. Cytowani czytelnicy niepokoją się, że zjadą ci sami chuligani, którzy zdemolowali Warszawę, a poseł Biedroń zwraca się do Rektora Wyższej Szkoły Komunikacji Społecznej w Gdyni słowami: "Dziwi mnie fakt, że na uczelni kształcącej w szerokorozumianej komunikacji społecznej ma miejsce spotkanie, którego organizatorzy i prelegenci zamknięci są na dialog i w rażący sposób dyskryminują i piętnują osoby innego wyznania, narodowości, orientacji seksualnej i światopoglądu.” Tekst w Gazecie.pl
Jestem jak najdalszy od sympatii dla ONR, ale postrzegam oburzenie Gazety jako chybione, wątpliwości czytelnika jako bezzasadne, a logikę posła Biedronia jako błędną.
Jestem jak najdalszy od sympatii dla ONR, ale postrzegam oburzenie Gazety jako chybione, wątpliwości czytelnika jako bezzasadne, a logikę posła Biedronia jako błędną.
Zaczynając od posła Biedronia: Cóż to za pomysł, że jak kogoś uznajemy za „zamkniętego na dialog” to należy mu zabraniać dialogu? Czy naprawdę idea „szerokorozumianej komunikacji społecznej” wymaga, byśmy osobom o nie akceptowanych poglądach odmawiali prawa do komunikacji społecznej? Przecież prelekcje na sali wykładowej to właśnie formy dialogu, komunikacji społecznej w jej dość nawet wysublimowanej postaci. Wprawdzie Lenin wskazywał jasno, że „nie ma demokracji dla wrogów demokracji” ale chwała Bogu, takie pomysły nie przedostały się do Konstytucji Rzeczpospolitej Polski. Czy naprawdę poseł Biedroń jest tak samo norodowofobiczny, jak homofobiczni bywają narodowcy? Czy jest takim konserwatystą, że życzy sobie spotkań narodowców wyłącznie w piwiarniach, ewentualnie podczas marszów z pochodniami?
Jeśli chodzi o czytelników zatroskanych groźbą dewastacji miasta: Nie lekceważę tych obaw, ale pomyślmy pragmatycznie. Czy lepiej, by oenerowcy spotykali się na prelekcjach w gmachu wyższej uczelni, czy wolimy ich podczas demonstracji ulicznych? Zapobieganie ulicznym rozróbom poprzez pozbawianie prawa do spotkań na sali wykładowej wydaje mi się przeciwskuteczne.
Jeśli zaś chodzi o ogólny zarzut stawiany władzom uczelni przez Gazetę, to zrozumiałem go tak: wyższa uczelnia nie powinna być miejscem promowania haseł ksenofobicznych, homofobicznych, rasistowskich, nawołujących do nienawiści na jakimkolwiek tle.
Jeśli chodzi o czytelników zatroskanych groźbą dewastacji miasta: Nie lekceważę tych obaw, ale pomyślmy pragmatycznie. Czy lepiej, by oenerowcy spotykali się na prelekcjach w gmachu wyższej uczelni, czy wolimy ich podczas demonstracji ulicznych? Zapobieganie ulicznym rozróbom poprzez pozbawianie prawa do spotkań na sali wykładowej wydaje mi się przeciwskuteczne.
Jeśli zaś chodzi o ogólny zarzut stawiany władzom uczelni przez Gazetę, to zrozumiałem go tak: wyższa uczelnia nie powinna być miejscem promowania haseł ksenofobicznych, homofobicznych, rasistowskich, nawołujących do nienawiści na jakimkolwiek tle.
Nie udaję, że obaw Gazety nie rozumiem, czy ich nie podzielam. Ale najwyraźniej zupełnie inaczej rozumiem „szerokorozumianą komunikację społeczną”. Wydaje mi się, że szkodzi komunikacji ten, kto jej wzbrania, a nie ten kto próbuje rozmawiać, organizować spotkania, prelekcje. Fakt, że narodowcy chcą spotkania w konwencji akademickiej, zamiast burdy ulicznej, uznaję za wyraźny progres wobec zamieszek z 11 listopada. Rozumiem, że środowisko Gazety (a może i ja sam) życzylibyśmy sobie, by ONR nie miał żadnych sympatyków, ale uznajmy, że rzeczywistość jest daleka od naszych ideałów. Czy naprawdę najlepszą formą zabiegania o dialog i demokratyczne standardy jest wzbranianie ich zwolennikom ONR? Czy „wypychając” ich na ulicę zachęcamy tym samym do uznania postulatu otwartości, dialogu, wzajemnego szacunku?
Nie jestem drobnomieszczańskim cymbałem kontentującym się pozorami. Rozumiem świetnie, że fakt organizowania spotkań na uczelni nie czyni z Wszechpolaków pacyfistycznych intelektualistów. Wiem też, że głoszenie prelekcji może być bardziej groźne, niż rzucanie kamieniami. Dlatego tym bardziej się cieszę, że spotkanie ONR odbywać się będzie w Wyższej Szkole Komunikacji Społecznej w Gdyni. Jej władze są bowiem w stanie wpłynąć na przebieg spotkania, za który oczywiście ponoszą odpowiedzialność moralną i intelektualną (co do prawnej nie wiem – nie jestem prawnikiem). Przedstawiciele uczelni powinni być zatem obecni na spotkaniach, i stanąć na szczytach swych kompetencji w dziedzinie komunikacji społecznej, by zadbać o atmosferę dialogu. Powinno być też jasnym, że jeśli reguły prawne zostaną naruszone, a w szczególności będą miały miejsce akty nawoływania do nienawiści na tle rasowym, religijnym, seksualnym czy jakimkolwiek innym, to właśnie przedstawiciel uczelni będzie pierwszym (być może jedynym!) spośród obecnych, który zadzwoni na najbliższy komisariat policji i złoży stosowne zawiadomienie o przestępstwie.
Mam nadzieję, że nie obrażam drogiej mi pamięci Jacka Kuronia sugerując swoim tytułem, że i on wolałby widzieć narodowców na uczelni, niż wypychać ich na ulicę, czy do piwiarni. Jeśli ktoś uzna to za nadużycie, to proszę przyjąć moje zapewnienie, że niezamierzone.
