Profesor Bartoś powiedział na antenie Radia TokFM: „W społeczeństwie obywatelskim biskupi nie mają uprawnień, by być sędziami całości. A jeśli to robią, to trzeba powiedzieć, żeby się odczepili.” Ja ze swej strony dodałbym, że tak samo prof. Bartoś nie ma uprawnień, by być sędzią całości. A Jeśli to robi to trzeba... podyskutować. Tym różnię się widocznie od prof. Bartosia, że wolę dialog, niż arogancką opryskliwość.

REKLAMA
Prof. Bartoś ma wielki żal do biskupów, że „pouczają, choć to jest nieprzyjemne”, „choć nikt im nie dał do tego prawa”, że zachowują się jak ”upierdliwi rodzice”. „Biskupi dają sobie autorytet. Są biskupami, ale mówią do całego społeczeństwa. Być może nie jesteśmy głupsi od biskupa. Być może jest odwrotnie. W imię czego biskup będzie się wymądrzał? - zastanawiał się Bartoś w TOK FM. Relacja na stronach radia TokFM
Prof. Bartoś ma z pewnością bardzo wiele racji krytykując autorytarny styl, unikanie dialogu, oderwanie od rzeczywistości biskupów, ale w jednej, szalenie istotnej kwestii grubo się myli. Otóż, w społeczeństwie obywatelskim – tak przynajmniej ja je pojmuję – każdy ma święte prawo wymądrzać się, przemawiać do całego społeczeństwa, pouczać. Robią tak biskupi, ale robią i feministki, robią działacze na rzecz ekologii, zwolennicy diety Dukana, cykliści, biegacze, itd. Taka uroda społeczeństwa obywatelskiego, że każdy może się mądralować.
Już czuję, jak rzuca się na mnie legion obrońców sił światła i rozumu, i protestuje przeciw narzucaniu władzy czarnej sotni, delegatury Watykanu, itd. I tu dochodzimy, moim zdaniem, do zasadniczej kwestii, która tak gniewa czcigodnego profesora Bartosia. A gniewa go fakt, że... ludzie nadal tych biskupów słuchają, że się liczą z ich opinią. Piszę o gniewie Bartosia, bo chyba tylko złe emocje mogą sprawiać, że człowiek bezsprzecznie mądry (na pewno mądrzejszy ode mnie) twierdzi, że wymogi społeczeństwa obywatelskiego stoją w sprzeczności ze swobodą wypowiedzi. Świetnie rozumiem gorycz wykształconego człowieka, który konfrontuje się co dzień z popularnością Rydzyka, płaskimi intelektualnie i niskimi moralnie wypowiedziami biskupa Ryczana, itp. Mnie to również gniewa, ale nie posuwam się do odmawiania biskupom prawa do artykułowania opinii, choćby i były aroganckie. Argumenty o narzucaniu zdania, o wymuszaniu, o nakazywaniu - wszystkie one są chybione! To znaczy, częściowo słuszne, ale źle adresowane! Pretensje winien mieć prof. Bartoś - a ja w każdym razie mam - do ludzi niesamodzielnych intelektualnie, albo pozbawionych kręgosłupa moralnego, który by pozwolił racje biskupów rozważyć i ewentualnie odrzucić. Miejmy pretensje do polityków, którzy zabiegając o poparcie biskupów usłużnie przemieniali ich wolę w akty ustawodawcze. SLD przez dwie dekady nie ośmieliło się w niczym przeciwstawić hierarchom - byle tylko mieć święty spokój. Do kogo więc pretensja? Do biskupów, że mówią to co myślą, czy do polityków, że realizują to, co mówią biskupi?
Profesorowi Bartosiowi udzielają się złe emocje z bezsilności, bo najwyraźniej jest sfrustrowany faktem, że społeczeństwo nie podąża śladem jego dojrzałych decyzji, i wciąż słucha biskupów, choć prof. Bartoś już ich słuchać przestał. Rozumiem rozgoryczenie Bartosia, ale przecież trudno wymagać od kogoś żeby milczał wbrew sobie - dlatego, że inni go słuchają. To tak, jakby twierdzić, że Michnik nie miał prawa pisać w Gazecie Wyborczej tego co uważał, bo za dużo ludzi ją czytało i się nią kierowało. Przecież to czysty absurd!
Ja osobiście emocje prof. Bartosia rozumiem - bo sam irytuję się okropnie, że ludzie bardziej lubią Kwaśniewskiego, niż Bartoszewskiego, że częściej słuchają Dody, niż Okudżawy. Nie mam jednak pretensji do Kwaśniewskiego ani Dody. Tak samo nie mam żalu do pań z Feminoteki, że pouczają biskupów co do kształtu edukacji seksualnej, czy aktywistów Green Peace, że pouczają drogowców co do przebiegu trasy przez Dolinę Rospudy.
Każdy ma prawo się wymądrzać – ja z tego prawa niniejszym korzystam. Korzystają też biskupi i korzysta profesor Bartoś. I o ile jedni przekonują, że pozostali racji nie mają, to pół biedy. Gorzej, jeśli ktoś zaczyna twierdzić, że pozostali nie mają prawa swego zdania artykułować.