Wielu dziwi opór episkopatu wobec ustawy o związkach partnerskich, podejrzewa biskupów o homofobię. Ja nie zamierzam udawać że nie wiem, o co biskupom tak naprawdę chodzi. Im nie chodzi wcale o prześladowanie homoseksualistów, ale o obronę normalności. I nie są w tym oporze odosobnieni, bo duża część społeczeństwa, obronę normalności uznaje za powinność wszystkich ludzi przyzwoitych, a nie tylko wierzących.

REKLAMA
Biskupi z pewnością wiedzą, że ciągłe odwoływanie się do osądu boskiego jest dla wiernych marudne i w rezultacie nieskuteczne. Perspektywa sądu ostatecznego dość odległa, a pokusa zazwyczaj realna, i na wyciągniecie ręki. Zamiast więc powtarzać, że Bóg wszystko widzi i oceni (kiedyś), znacznie skuteczniej jest odwołać się do tego co widzą bliźni, i jak oni to oceniają. Dowieść tego łatwo na przykładzie łakoci – spróbujcie żonę zniechęcać do słodyczy przypominając, że obżarstwo jest grzechem, a parsknie śmiechem. Znakomicie lepszy rezultat uzyskacie odwołując się do tego... jak żona wygląda w kostiumie kąpielowym. Absolutnie zaś pewne zwycięstwo osiągniecie, jeśli wspomnicie na dobitkę, jak w kostiumie kąpielowym wygląda stażystka, z która bawiliście się na basenie podczas wyjazdu integracyjnego (przestrzegam, że kosztem zwycięstwa w sprawie słodyczy, może być twarz podrapana pazurami żony).
Argument, jak coś wygląda w oczach innych ludzi ma znaczenie zasadnicze. Dlatego Kościół Katolicki jedynie dla utrzymania pewnego decorum odwołuje się do strachu przed ogniem piekielnym, częściej zaś do strachu i wstydu przed bliźnimi. Zgorszenie, wstyd, bezwstyd - wszystko to odnosi się do odbioru sąsiadów raczej, niż samego Pana Boga. Stąd właśnie taka dążność do ustalania norm obyczajowych obowiązujących wszystkich, których przestrzeganie weryfikują wszyscy. Jakąż radością napawa widok tłumu odświętnie odzianych parafian, którzy idą na mszę. To, że podobają się Bogu jest oczywiście ważne, ale jeszcze ważniejsze, że podobają się sobie nawzajem, że wzajemnie się widzą i oceniają. Naturalny instynkt stadny bardziej niż indywidualne rachunki z Bogiem egzekwują pożądane przez księży zachowania. Dlatego to uświęcone tradycje i konwenanse są ostoją moralności!
Wśród moich znajomych było otóż takie zdarzenie, że dziewczynka przystępująca do Pierwszej Komunii zamarzyła, żeby wyglądać tak, jak jej mama, kiedy ubiera się odświętnie. A że mama jest niemal hipiską, młodociana kandydatka na świętą pojawiła się w kościele w sukience w grochy, w sandałach, oraz kolorowej chustce na głowie. Ileż było kwękania innych mam, kręcenia głowami, wznoszenia oczu ku niebu. Proboszcz resztką sił się powściągał. Bąknął tylko, że kościół to nie rewia mody. Komentarz zaskakujący, jeśli zważyć na kordony lolitek poprzebieranych i ufryzowanych za królewny. Ale nie, wszystko się zgadza: proboszcz doskonale wie, że to norma w postaci wystrojonych w sukienki ślubne dziewczynek gwarantuje niemal 100% frekwencję na komunii. Jeśli tylko pozwolić, by przymus środowiskowy postepowania "tak jak wszyscy" zelżał, to naprawdę trudno będzie zapanować nad wiernymi. Nawet słabo rozgarnięty kleryk wie, że najbardziej złotousty kaznodzieja nie powstrzyma przed rozwiązłością równie skutecznie, jak nasączone jadem – to jest, przepraszam – natchnione moralnością katolicką sąsiadki. Dlatego orężem tak istotnym dla Kościoła Katolickiego, jak broń atomowa dla ZSRR, jest kategoria normy. Trzeba odwoływać się do niej, podsycać lęk przed uznaniem za odszczepieńca, za nienormalnego. Choć Jezus był odmieńcem (w sensie obyczajowym i społecznym), Kościół premiuje zachowania stadne, przewidywalne, mieszczące się w kanonie. I tu dochodzimy do zagadnienia kluczowego, to jest: co biskupi mają przeciw przyznaniu równych praw homoseksualistom? Ano to, że oni są nienormalni i muszą takimi pozostać!
Mój ojciec, lekarz pracujący w klinice psychiatryczno-neurologicznej, zwykł był mawiać, że nie ma ludzi normalnych, są tylko... niedokładnie zbadani. Pomimo, że był w wielu kwestiach zasadniczy, raczej nigdy nie odwoływał się do pojęcia normy. Na przykład, polityków SLD uważał za kanalie i przypisywał zainteresowania kurewsko-złodziejskie – nie uważał jednak za nienormalnych. Bo czymże jest norma? Czym odstępstwo od normy? Dla mnie norma jest kategorią obyczajową i statystyczną, nie zaś moralną, Czy normą miałoby być dobro, czy łajdactwo? Mądrość, czy głupota? Studiowanie historii podsuwa raczej smutne sugestie... Wiem, że posiadanie naturalnie rudych włosów jest dość rzadkie, ale czy rudzielec jest nienormalny? Zamiłowanie do muzyki klasycznej należy do rzadkości, jeszcze rzadsza jest w Polsce znajomość języka fińskiego. Ale czy mój serdeczny przyjaciel trudniący się przekładaniem poezji fińskiej jest nienormalny? (no, może to nie jest dobry przykład, bo on akurat jest nienormalny :-).
Uśmiechnie się ktoś, że wykręcam kota ogonem, bo przecież wiadomo co jest normą - choćby biologiczną, fizjologiczną. Odpowiedziałbym (również z uśmiechem), że normę stanowi łączenie się ludzi w pary, zaś wykracza poza nią utrzymywanie przez całe życie celibatu. Co z tego wynika? Absolutnie nic! Może więc nie upierajmy się tak dogmatycznie przy pojęciu normy.
Nie ma sensu uparcie powtarzać, że się adwersarza nie rozumie, bo to zwykle odbiera resztkę szacunku, na jaki moglibyśmy u niego liczyć. Poza tym, oddala szanse na porozumienie. Wydaje mi się nieskromnie, że rozumiem przyczyny sceptycyzmu biskupów w sprawie legalizacji związków partnerskich. Rozumiem, co mają na myśli gdy twierdzą, że ustawa o związkach partnerskich to atak na polską rodzinę. Bo rzeczywiście, osłabianie w ludziach pojęcia normy, drastycznie zawęża możliwości egzekwowania pożądanych postaw, osłabia przymus określonego zachowania.
Uff, dokonałem sporego wysiłku, żeby zrozumieć biskupów, ale nie jest tak, że nie liczę na wzajemność. Bardzo pragnąłbym, by hierarchowie Kościoła Katolickiego pojęli nieuchronność pewnych zmian politycznych i cywilizacyjnych: najpierw wybrano Polaka na papieża, potem była Solidarność, pierestrojka, …, na koniec odmieniliśmy oblicze ziemi.... Dziś Polska jest coraz bardziej rozmaita, i naprawdę dziwacznie i fałszywie brzmi hasło pisane pod krucyfiksem: „Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem.”
Polak jest Polakiem pod krzyżem, pod wielobarwnym sztandarem środowisk LGBT, pod budką z piwem i pod mostem. Trzeba zrezygnować z pojęcia normy, a oprzeć się na kategoriach dobra i zła. Wiem, że pozbawieni wsparcia presji otoczenia, księża mają znacznie trudniejsze zadanie – ale, gdyby było łatwo, nie istniała by zasługa :-)