Celowo tytułuję mój tekst dość głupawo i trywialnie – chcę zachować decorum względem przedmiotu, o którym będę pisać, to jest operetkowego zachowania Wandy Nowickiej.
REKLAMA
Nie wiem, ale wierzę na słowo Magdalenie Środzie, gdy określa Wandę Nowicką jako ikonę środowisk feministycznych. Tym gorzej dla tych środowisk, bo „tytułowa” zmienność marszałkini musi konfundować nawet jej zagorzałe zwolenniczki. To już nieważne, czy pomysł na odwołanie jej z urzędu był trafiony, czy nie. Znacznie ważniejsze jest zachowanie w sposób przewidywalny i zasługujący na szacunek samej Nowickiej. Nie można tak robić, że się coś deklaruje, a potem nieoczekiwanie zmienia zdanie, zaskakując własnych współpracowników, własnych wyborców. Jej zwolenniczki tłumaczą zachowanie Nowickiej jej twardym, wręcz niezłomnym charakterem, czym stawiają mnie w niezręcznej sytuacji. Zazwyczaj z nadzwyczajną powściągliwością krytykuję feministki i ulegam ich argumentacji, ale tym razem nie dam już rady. Wyjaśniając najdelikatniej: nie jest przejawem twardego charakteru deklarować co innego, niż się robi. Nie jest kwestią twardego charakteru deklarować, że się ustąpi, a potem nie ustępować.
Może nie jestem dość subtelny, by pojąc wszelkie zawiłości gry politycznej. Jednak, jak mawiał Zagłoba „każde bydle swój rozum ma” - mam i ja swój własny. Podpowiada mi on, że nie chciałbym, by Wanda Nowicka podjęła się remontu mojej ubikacji, obsługi mojego sekretariatu, tłumaczenia teksu z języka obcego, czy jakiejkolwiek pracy, z której miałbym korzystać. Wybierając stolarza, glazurnika, dozorcę, czy księgową wymagamy słowności i elementarnej uczciwości. Czy sprawowanie urzędu marszałkowskiego jest tak dialektycznie zawiłe, że nie obowiązują w nim normy powszechnie pożądane?
Biskup Głódź niemądrze i nieelegancko powiedział, że nudzi go rozmowa o związkach partnerskich. Mnie od wczoraj nudzi rozmowa o biskupie Głódziu, a od dzisiaj także o marszałkini Nowickiej.
