Kiedy spytałem znajomych na FB, o czym mam pisać, Andrzej Pągowski odpowiedział: „Panie Wojtku, proszę o tekst, dlaczego boimy się słowa Kultura”. Cóż, bardzo mi to zlecenie pochlebiło, ale sprawa jest trudna, bo za cholerę nie wiem, dlaczego właściwie boimy się Kultury. Zamiast więc analizować zapaść cywilizacyjną społeczeństwa - napiszę, dlaczego sam jestem prymitywnym matołkiem.
REKLAMA
Wprawdzie ukończyłem klasę humanistyczną dobrego stołecznego liceum, a na wydział prawa UW zdałem na 5, to jednak bezsprzecznie jestem ćwokiem. Nie mam bladego pojęcia o muzyce, bardzo słabe o malarstwie, o rzeźbie właściwie nie wiem nic. Nie pytajcie mnie o teatr współczesny, współczesną poezję. Wprawdzie słucham z wielkim upodobaniem Pr. II Polskiego Radia, ale raczej dla „osłuchania się”, niż jako stacji kierowanej do mnie. Ze wstydem przyznaję, że często nawet nie rozumiem, o czym właściwie mówią prowadzący programy muzyczne, ich goście. Dlaczego - pomimo wybitnej inteligencji i subtelnej kultury – tak trudno mi uczestniczyć w życiu kulturalnym mojego narodu?
No dobra, pośmialiście się już z tej mojej „wybitnej inteligencji i subtelnej kultury” więc teraz na spokojnie się zastanówcie. Tak jak jazda na deskorolce, brydż sportowy, czy hodowla trzody, tak samo konsumpcja kultury wymaga pewnego przygotowania. Jak zaś to przygotowanie wygląda w szkole? Czy nie jesteśmy aby „wzwyczajani” w kulturę tak, jak chłop pańszczyźniany uczony był etykiety przed objęciem zaszczytnej posady kamerdynera. Wprawdzie nas już nie biją po pysku, ale wciąż instruują, pouczają, napominają. Przedstawiają kulturę, jako cos wprawdzie mało atrakcyjnego, ale nobilitującego. Podobnie wygodne dla chłopa pańszczyźnianego musiały być pludry i peruka, co dla uczniów przyjemne wizyty w muzeum. Chłop mógł choć w przedpokoju dojeść resztki z pańskiego stoiłu, uczniowe zaś po wizycie w muzeum muszą pisać wypracowania. Nic też dziwnego, że programu filharmonii są ciekawi tak samo, jak trzeciej deklinacji języka łacińskiego, a wystawa w Muzeum Narodowym jest tylko kolejnym pretekstem do klasówki. Daje im się wciąż do zrozumienia, że kultura to coś, do czego winni wspinać się na palcach – jednocześnie zginając kark w pokornym ukłonie. Czynić to wszystko zaś muszą z przekonania o wyższej konieczności takich tortur: dla dobra ojczyzny, kultury narodowej, ich samych wreszcie. Dla dobra, pożytku i rozwoju – broń Boże przyjemności...
Filmowałem niedawno lekcję plastyki w prywatnej szkole: nauczyciel polecił uczniom namalować na bombkach co tylko chcą – zaznaczył jednak: „tylko nie rysujcie jakichś swoich głupot”. Cymbał ten, mieniący się nauczycielem, nie tylko dręczył młodzież, ale i tłamsił w nich radość ekspresji. Innym razem byłem świadkiem akademii z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Uroczystość uświetnił nauczyciel angielskiego grając hymn na gitarze elektrycznej. Widząc długie włosy młodego wciąż belfra zapytałem, dlaczego hymnu nie zagrał tak jak Hendrix. Przewrócił tylko oczami i powiedział: No co Pan!
Jeżdżąc po kraju i filmując, natrafiam czasem na szkoły, domy kultury – w których jakiś entuzjasta pracuje z młodzieżą w sposób wyzwalający ich ekspresję. Pamiętam fenomenalny teatr prowadzony przez nauczycielkę w Bytowie, fantastyczny wiejski dom kultury w Miłakowie. Co ciekawe, młodzi ludzie uczestniczący w tych przedsięwzięciach z upodobaniem jeździli do większych miast na spektakle, koncerty, wystawy. I jestem przekonany, że nie robili tego ze snobizmu, czy dla nabrania ogłady. Sami się przekonali, że sztuka może być po prostu ciekawa, czy wręcz zajebista, a nie tylko „pouczająca, przepiękna, przejmująca” itp.
Filmowałem niedawno lekcję plastyki w prywatnej szkole: nauczyciel polecił uczniom namalować na bombkach co tylko chcą – zaznaczył jednak: „tylko nie rysujcie jakichś swoich głupot”. Cymbał ten, mieniący się nauczycielem, nie tylko dręczył młodzież, ale i tłamsił w nich radość ekspresji. Innym razem byłem świadkiem akademii z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Uroczystość uświetnił nauczyciel angielskiego grając hymn na gitarze elektrycznej. Widząc długie włosy młodego wciąż belfra zapytałem, dlaczego hymnu nie zagrał tak jak Hendrix. Przewrócił tylko oczami i powiedział: No co Pan!
Jeżdżąc po kraju i filmując, natrafiam czasem na szkoły, domy kultury – w których jakiś entuzjasta pracuje z młodzieżą w sposób wyzwalający ich ekspresję. Pamiętam fenomenalny teatr prowadzony przez nauczycielkę w Bytowie, fantastyczny wiejski dom kultury w Miłakowie. Co ciekawe, młodzi ludzie uczestniczący w tych przedsięwzięciach z upodobaniem jeździli do większych miast na spektakle, koncerty, wystawy. I jestem przekonany, że nie robili tego ze snobizmu, czy dla nabrania ogłady. Sami się przekonali, że sztuka może być po prostu ciekawa, czy wręcz zajebista, a nie tylko „pouczająca, przepiękna, przejmująca” itp.
Tytuł "Na kolana, chamy" zaczerpnąłem z piosenki "12 groszy" - tak własnie Kazik postrzegał sposób w jaki zachęcani jesteśmy do podziwiania tenoru Pavarottiego. Owszem, jestem matołkiem, i nie sądzę by odpowiedzialność za to ponosili wyłącznie moi wychowawcy. Ale pomimo świadomości własnych słabości, sprzeciwiam się ciągłemu zawstydzaniu współobywateli, że zamiast „Siedmiu bram Jerozolimy” Pendereckiego, wolą słuchać „Ona tańczy dla mnie” zespołu Weekend. Może po prostu nikt ich nigdy nie przekonał, że Penderecki też gra dla nich.
