Wcale nie głupota czy bieda, ale skrajna obłuda jest przyczyną, dla której jedni drugim fundujemy cierpienia i upokorzenia. Przekonała mnie o tym wizyta na oddziale dziecięcym warszawskiego szpitala.
REKLAMA
Nie trzeba być wyposażonym w empatię Mahatmy Gandhiego, by rozumieć potrzebę bliskości rodzica odczuwaną przez cierpiące dziecko. Nic zatem dziwnego, że rodzice dzieci hospitalizowanych starają się być w szpitalu całą dobę. Zmieniają się przy tym, mobilizują rezerwy rodzinne, by zawsze ktoś przy chorym dziecku był, i w każdej chwili pomagał w jego zdrowieniu. W każdej chwili – w dzień i w nocy...
Administracja szpitala jest świadoma, że rodzice przejmują mnóstwo funkcji pielęgnacyjnych, które regulaminowo wykonywać musiałyby salowe i pielęgniarki - nie broni więc dostępu rodziców do dzieci. Ale ta „wspaniałomyślność” ma przecież swoje granice. Otóż zabrania się rodzicom czuwającym przy dzieciach spać, a już najkategoryczniej zakazuje się spać w pozycji leżącej. Kiedy tylko lekarz zobaczy w pokoju karimatę czy składane łóżko, wyprasza rodzica napominając, że przyszedł tu przecież opiekować się dzieckiem, a nie spać. Można by napisać z przesadą, że rodzice w szpitalu dziecięcym traktowani są jak na UB w czasach Różańskiego, to jest zmusza się ich do przesiadywania całych nocy w pozycji siedzącej. Ale to byłaby przesada, bo przecież w tym szpitalu – jak wszędzie niemal w Polsce – króluje obłuda!
Na parterze opisywanego szpitala znajduje się sklepik o nazwie Smerfuś, czy jakoś podobnie. Już szyld widoczny z korytarza zawiadamia o specjalności głównej zakładu, której nie stanowią soki czy jagodzianki, a... wynajem łóżek polowych. Gdyby jakiś rodzic szyldu nie zobaczył, to pomocne pielęgniarki wyjaśnią, że w Smerfusiu po godz. 18 można wypożyczyć łóżko składane i w miarę wygodnie koczować całą noc – byle tylko oddać lóżko przed 6. rano, kiedy odział znowu wraca do życia. Przed porannym obchodem trzeba już regulaminowo siedzieć na stołeczku. Spore ułatwienie dla umęczonych rodziców, a koszt niewielki – tylko 10 zł za noc od łóżeczka. Nie dziwi więc, że rodzice co wieczór chyłkiem przemykają do Smerfusia po łóżka, by jeszcze przed świtaniem odnieść je z powrotem. Swojego łóżeczka przynieść nie mogą, bo pozostawione za dnia stanowiłoby corpus delicti łamania regulaminu: spać przecież nie wolno! Każdy to wie i każdy rozumie – wiedzą i rozumieją także lekarze i administracja, którzy przecież co dzień przechodzą obok Smerfusia i czytają szyld informujący o wynajmie łózek. Strasznie to wszystko polskie: bzdurne przepisy, brak empatii wobec cierpienia innych, i obłuda – na koniec czyjś zasrany interesik.
Bardzo to felietonowo brzmi, jak się napisze, ze „w tym problemie jak w soczewce...” - ale ja naprawdę uważam, że obłuda jest dominującą cechą naszego życia publicznego. Niedawno komentowano publikację Wprost poświęconą Głódziowi. Nie chce mi się nawet pisać o nim samym, bo każdy chyba samodzielnie wyrobił sobie zdanie o kulturze i intelekcie arcybiskupa. On sam mnie „nudzi”, ale głęboko frustrują mnie politycy przepytywaniu na okoliczność "rewelacji" ujawnionych przez Wprost. Tu na marginesie wyjaśniam, że absolutnie wszyscy biorący jakkolwiek udział w życiu publicznym wiedzieli od lat doskonale, który z hierarchów nosi zaszczytną ksywę „biskup flaszka”. I otóż Hanna Gronkiewicz-Walc przepytywana przez Monikę Olejnik łże w żywe oczy, że ona nie miała o niczym pojęcia, i że raczej trzeba zapytać Kwaśniewskiego, który z Głódziem ucztował. Trzeba było zobaczyć jak się Gronkiewicz podczas rozmowy z Olejnik oczęta śmiały, bo przecież tak dowcipnie i inteligentnie udało się jej dokopać Kwaśniewskiemu. Hanna Gronkiewicz, która publicznie deklaruje swój katolicyzm nie wstydzi się łgać w żywe oczy w sprawie gorszącego zachowania arcybiskupa. Kłamie, uśmiecha się, jest z siebie zadowolona – może ona też zostanie ambasadorem przy Watykanie?
Radek Sikorski pozujący na dżentelmena nie udaje, że o niczym nie wie, ale bezczelnie określa wszystko jako „wojskowy styl”, który winniśmy uszanować. Już Cat-Mackiewicz pisał, że Brytyjczycy kłamią w sposób nadzwyczaj wyrafinowany, ale najwyraźniej szkolony w Oxford uczeń przerósł mistrza. Cóż to za wzorce wojskowego stylu przyswoił sobie minister obrony narodowej, że pijaństwo i prostactwo przedstawia jako godne naszego uszanowania. Ja z wojskiem niewiele mam wspólnego, ale styl wojskowy w odniesieniu do generała kojarzy mi się raczej z honorem oficerskim, a nie prostackimi rozrywkami rekrutów. Ja rozumiem cynizm ministra, ale brzydzi mnie, kiedy inteligent - a jest nim z pewnością Sikorski – uśmieszkiem zbywa najzwyklejsze chamstwo, wobec którego powinien raczej tworzyć atmosferę moralnej dezaprobaty. Czy jeśli ktoś zechce wulgarnie odnieść się do żony ministra, to wówczas też on sam uzna to za styl wojskowy? Czy sam zechce ten „styl” uszanować?
Radek Sikorski pozujący na dżentelmena nie udaje, że o niczym nie wie, ale bezczelnie określa wszystko jako „wojskowy styl”, który winniśmy uszanować. Już Cat-Mackiewicz pisał, że Brytyjczycy kłamią w sposób nadzwyczaj wyrafinowany, ale najwyraźniej szkolony w Oxford uczeń przerósł mistrza. Cóż to za wzorce wojskowego stylu przyswoił sobie minister obrony narodowej, że pijaństwo i prostactwo przedstawia jako godne naszego uszanowania. Ja z wojskiem niewiele mam wspólnego, ale styl wojskowy w odniesieniu do generała kojarzy mi się raczej z honorem oficerskim, a nie prostackimi rozrywkami rekrutów. Ja rozumiem cynizm ministra, ale brzydzi mnie, kiedy inteligent - a jest nim z pewnością Sikorski – uśmieszkiem zbywa najzwyklejsze chamstwo, wobec którego powinien raczej tworzyć atmosferę moralnej dezaprobaty. Czy jeśli ktoś zechce wulgarnie odnieść się do żony ministra, to wówczas też on sam uzna to za styl wojskowy? Czy sam zechce ten „styl” uszanować?
Męczy mnie ta potworna obłuda, a szczególnie uwiera myśl, że najwyraźniej przywykliśmy znosić wszystkie te nonsensy i oczywiste kłamstwa z pokorą – byle tylko znaleźć ten zasrany sklepik Smerfuś, zapłacić 10 zł, a da się jakoś przeżyć...
