Byłem niedawno na mszy z okazji jubileuszu kapłaństwa biskupa Grzegorza Rysia. Msza celebrowana w Ludźmierzu w pięknej góralskiej oprawie: stroje, śpiewy, życzenia. Górale lubią biskupa Rysia, dają mu w prezencie haftowaną w góralskie wzory tiarę, śpiewają specjalnie skomponowaną pieśń okolicznościową. W jej refrenie zawierają osobliwe życzenia: „byś nam nie zbiskupiał”. Śmieją się życzliwie górale, śmieje się biskup Ryś – ten wychowanek ks. Tischnera ma poczucie humoru - jeszcze nie zbiskupiał.
REKLAMA
Jako operator kręciłem wiele różnych rzeczy, poznałem wielu księży, a nawet kilku biskupów. Nie zamierzam jednak opisywać, którzy spośród nich są sympatyczni, a którzy nie; którzy mądrzy, a którzy głupi. Chciałbym podzielić się moimi spostrzeżeniami co do sposoby, w jaki ludzie biskupów traktują, jak oni sami się zachowują. Jak to jest, że większość z nich „biskupieje”?
Czy ktoś z czytających te słowa był świadkiem wizytacji parafii przez biskupa? Czy zwróciliście uwagę na kwiaty i przemówienia dziękczynne dla biskupa za to, że "raczył zaszczycił” parafię swymi odwiedzinami. Nie, żeby tam bukiecik - wieniec jak dla laureata konkursu chopinowskiego, podziękowania dzieci zgiętych w kornym ukłonie, kobiety, schola, proboszcz i wikariusze – wszyscy bardzo, bardzo dziękują, że biskup zaszczycił. Po części oficjalnej część nieoficjalna, na którą nieodmiennie składa się poczęstunek w jakiejś kameralnej salce: grono okrojone, kuchnia wyborna, ekskluzywne alkohole. Taki jest standard wizytacji biskupa w parafiach. Ja nie żałuję biskupom dobrego jedzenia, ani koniaku – sam lubię (choć tylko w dobrym towarzystwie). Problem w tym, że jakoś nie spotkałem się, by biskupi siadali do wspólnego stołu z parafianami, by z nimi normalnie porozmawiać. Dla Parafian jest część oficjalna, podczas której stoją lub klęczą przed biskupem, dają kwiaty i dziękują, że raczył zaszczycić.
Ostatniego lata kręciłem duże święto maryjne: kilkadziesiąt tysięcy ludzi, msza z kilkoma biskupami, nawet z prymasem. Zaraz po mszy korowód VIPów kieruje się do sali bankietowej, a potem już zwyczajnie: toasty dziękczynne, koniaczek i łososina, potem prezenty taskane przez kierowcę biskupa do bagażnika i odjazd. Na spotkanie z wiernymi czasu zabrakło. Żaden z biskupów nie zaryzykował wejścia w tłum, przywitania się, a przede wszystkim rozmowy. Nie chodzi o kurtuazyjne uśmiechy, cmokanie w pierścień. Co by się takiego stało, gdyby biskup podszedł do jakiegoś młodego człowieka i spróbował choć przez chwilę porozmawiać o kazaniu - przekonałby się co z niego zostało zrozumiane, co zapadło w pamięć. Przecież coś tym ludziom przez blisko pół godziny tłumaczył – i nie jest ciekaw co zrozumieli, jak im się podobało? Nie chodzi o wszczynanie dysput teologicznych na trawniku, ale o normalną rozmowę...
Ostatniego lata kręciłem duże święto maryjne: kilkadziesiąt tysięcy ludzi, msza z kilkoma biskupami, nawet z prymasem. Zaraz po mszy korowód VIPów kieruje się do sali bankietowej, a potem już zwyczajnie: toasty dziękczynne, koniaczek i łososina, potem prezenty taskane przez kierowcę biskupa do bagażnika i odjazd. Na spotkanie z wiernymi czasu zabrakło. Żaden z biskupów nie zaryzykował wejścia w tłum, przywitania się, a przede wszystkim rozmowy. Nie chodzi o kurtuazyjne uśmiechy, cmokanie w pierścień. Co by się takiego stało, gdyby biskup podszedł do jakiegoś młodego człowieka i spróbował choć przez chwilę porozmawiać o kazaniu - przekonałby się co z niego zostało zrozumiane, co zapadło w pamięć. Przecież coś tym ludziom przez blisko pół godziny tłumaczył – i nie jest ciekaw co zrozumieli, jak im się podobało? Nie chodzi o wszczynanie dysput teologicznych na trawniku, ale o normalną rozmowę...
I tu dochodzimy do kwintesencji problemu „zbiskupienia” - do zaniku dialogu.
Przemilczanym nieco zagadnieniem dotyczącym polskiego kleru jest nadreprezentacja chłopców ze środowisk wiejskich. Jedynie podczas pontyfikatu JP2 było trochę kleryków z rodzin inteligenckich, ale trend ten praktycznie zanikł. Rezultat jest taki, że absolutna większość księży, a więc i biskupów reprezentuje najbardziej konserwatywny ludyczny katolicyzm. Nie przemawia przeze mnie w tym względzie snobizm szlachecko – inteligencki (któremu czasem ulegam) - ja po prostu konstatuję fakty. Biskupi realizują model podpatrzony przed półwieczem w rodzinnej wiejskiej parafii, gdzie proboszcz był autorytetem najwyższym, niepodlegającym żadnej weryfikacji. Nic też dziwnego, że dzisiejsi biskupi odznaczają się otwartością światopoglądową i elastycznością intelektualną Macieja Boryny. Szalenie dziwią się próbom kwestionowania ich autorytetu, podważania ich zdania. Każda próba dyskusji traktowana jest raczej jako wybryk, niż działanie konstruktywne. Śmieszy nas czasem, kiedy hierarchowie jakiś zarzut merytoryczny określają jako „atak na kościół”. Ja jestem przekonany, że to nie chwyt retoryczny, a świadectwo sposobu myślenia - biskupi uważają dyskusję z ich zdaniem za akt świętokradczy. Czy za ich dzieciństwa i młodości ktoś z proboszczem dyskutował? A z biskupem? Dzisiejsi hierarchowie są przekonani, że ich świętą powinnością jest ochrona i pielęgnacja autorytetu Kościoła Katolickiego, ale do głowy im nie przychodzi, że oni o ten autorytet muszą zabiegać. Reagują najwyższą obrazą, jeśliby ktoś śmiał zwrócić się do nich „per pan” - bo przecież każdy musi poważać autorytet ich urzędu! No właśnie, a jeśli nie poważa? Jeśli ten szacunek musieliby zaskarbić swoją osobistą kulturą i intelektem? Co, jeśli w sprawie in vitro biskupi musieliby przekonać do swoich racji, a nie tylko je obwieścić. Chłopski katolicyzm - prócz decorum, na które składają się płatki róż na Boże Ciało - przewiduje świętość i powagę sakry biskupiej. Kto tego nie uszanuje, podważa cały ład moralny i obyczajowy.
Przemilczanym nieco zagadnieniem dotyczącym polskiego kleru jest nadreprezentacja chłopców ze środowisk wiejskich. Jedynie podczas pontyfikatu JP2 było trochę kleryków z rodzin inteligenckich, ale trend ten praktycznie zanikł. Rezultat jest taki, że absolutna większość księży, a więc i biskupów reprezentuje najbardziej konserwatywny ludyczny katolicyzm. Nie przemawia przeze mnie w tym względzie snobizm szlachecko – inteligencki (któremu czasem ulegam) - ja po prostu konstatuję fakty. Biskupi realizują model podpatrzony przed półwieczem w rodzinnej wiejskiej parafii, gdzie proboszcz był autorytetem najwyższym, niepodlegającym żadnej weryfikacji. Nic też dziwnego, że dzisiejsi biskupi odznaczają się otwartością światopoglądową i elastycznością intelektualną Macieja Boryny. Szalenie dziwią się próbom kwestionowania ich autorytetu, podważania ich zdania. Każda próba dyskusji traktowana jest raczej jako wybryk, niż działanie konstruktywne. Śmieszy nas czasem, kiedy hierarchowie jakiś zarzut merytoryczny określają jako „atak na kościół”. Ja jestem przekonany, że to nie chwyt retoryczny, a świadectwo sposobu myślenia - biskupi uważają dyskusję z ich zdaniem za akt świętokradczy. Czy za ich dzieciństwa i młodości ktoś z proboszczem dyskutował? A z biskupem? Dzisiejsi hierarchowie są przekonani, że ich świętą powinnością jest ochrona i pielęgnacja autorytetu Kościoła Katolickiego, ale do głowy im nie przychodzi, że oni o ten autorytet muszą zabiegać. Reagują najwyższą obrazą, jeśliby ktoś śmiał zwrócić się do nich „per pan” - bo przecież każdy musi poważać autorytet ich urzędu! No właśnie, a jeśli nie poważa? Jeśli ten szacunek musieliby zaskarbić swoją osobistą kulturą i intelektem? Co, jeśli w sprawie in vitro biskupi musieliby przekonać do swoich racji, a nie tylko je obwieścić. Chłopski katolicyzm - prócz decorum, na które składają się płatki róż na Boże Ciało - przewiduje świętość i powagę sakry biskupiej. Kto tego nie uszanuje, podważa cały ład moralny i obyczajowy.
Kręciłem ostatnio zdjęcia w siedzibie episkopatu Polski. Ostrzeżono mnie, bym w obecności biskupa z którym ma być przeprowadzony wywiad nie żartował, bo „biskup nie ma poczucia humoru”. Na moje indagacje, czy w takim razie mogę całkiem serio zapytać biskupa o sprawę Głódzia, producent zareagował niemalże spazmem. ...A właściwie, co by się takiego stało, gdybym zapytał: „Co biskup sądzi o tej głośnej sprawie?” Przecież słowo „prawda” odmieniane jest w kościele na wszystkie przypadki, a Jan Paweł II powtarzał, że „prawda was wyzwoli”, zachęcał do „stanięcia w prawdzie”. Czy naprawdę biskup jest osobą, wobec której nie można zdobyć się na szczerość?
Z biskupami się nie dyskutuje, bo nawet nie za bardzo jest jak. Zazwyczaj otacza ich kordon sekretarzy, asystentów, i zwyczajnych podlizuchów. Kręciłem 2 razy wywiad z arcybiskupem Dziwiszem i przysięgam, że wprost nie wiem, do czego możnaby porównać jego świtę. Ani prezes Orlenu, ani nawet Edyta Górniak nie są przez swoje otoczenie traktowani tak czołobitnie. Może i sam Dziwisz nie jest temu winny, ale skondensowane fałsz i lizusostwo każdego by otumaniły.
Pamiętam pewien smaczny obiad konsumowany w towarzystwie prymasa (kręciłem wtedy coś w katedrze gnieźnieńskiej). Pamiętam jak prymas zatrwożony upadkiem obyczajów stawiał pytania retoryczne odnoszące się do poglądów młodych ludzi na życie. Powściągając wrodzoną skromność postanowiłem parę spraw prymasowi wyjaśnić, by nieco urealnić wyobrażenie na temat młodzieży tego starszego pana. Byłem grzeczny i powściągliwy, i właściwie nic co powiedziałem nie wzburzyło zgromadzonych. Ale sam fakt nawiązania dialogu z prymasem wyraźnie ich zdumiał. Dla mnie sprawa była prosta: jeśli ktoś mówi, że czegoś nie rozumie, to ja z chęcią próbuję mu to wyjaśnić. Dla zgromadzonych księży pytanie prymasa winno było najwyraźniej wybrzmieć jak dźwięk dzwonu Zygmunta, a wszyscy zgromadzeni w cichości serca winni byli je kontemplować. Najzabawniejsze, że sam prymas bardzo serdecznie się potem ze mną żegnał i dziękował za rozmowę. Z uśmiechem przyjął mą deklarację, że jeśliby jeszcze czegoś chciał się dowiedzieć, to może bez oporów zadzwonić – choć tak po prawdzie, to jakoś dotychczas nie zadzwonił.
Pamiętam pewien smaczny obiad konsumowany w towarzystwie prymasa (kręciłem wtedy coś w katedrze gnieźnieńskiej). Pamiętam jak prymas zatrwożony upadkiem obyczajów stawiał pytania retoryczne odnoszące się do poglądów młodych ludzi na życie. Powściągając wrodzoną skromność postanowiłem parę spraw prymasowi wyjaśnić, by nieco urealnić wyobrażenie na temat młodzieży tego starszego pana. Byłem grzeczny i powściągliwy, i właściwie nic co powiedziałem nie wzburzyło zgromadzonych. Ale sam fakt nawiązania dialogu z prymasem wyraźnie ich zdumiał. Dla mnie sprawa była prosta: jeśli ktoś mówi, że czegoś nie rozumie, to ja z chęcią próbuję mu to wyjaśnić. Dla zgromadzonych księży pytanie prymasa winno było najwyraźniej wybrzmieć jak dźwięk dzwonu Zygmunta, a wszyscy zgromadzeni w cichości serca winni byli je kontemplować. Najzabawniejsze, że sam prymas bardzo serdecznie się potem ze mną żegnał i dziękował za rozmowę. Z uśmiechem przyjął mą deklarację, że jeśliby jeszcze czegoś chciał się dowiedzieć, to może bez oporów zadzwonić – choć tak po prawdzie, to jakoś dotychczas nie zadzwonił.
Nie jest moją intencją ośmieszyć biskupów, bo zdarzają się między nimi ludzie niegłupi i sympatyczni. Szczególnie ciepło wspominam biskupa Długosza, który upierał się, by podczas zdjęć plenerowych nosić mi statyw (prośbie wspaniałomyślnie uległem). Ale tak całkiem serio, to obawiam się, że antydemokratyczny i ahistoryczny system zarządzania Kościołem Katolickim sprawia, że narzucane nam są formy katolicyzmu podpatrzone w prowincjonalnych parafiach przed półwieczem, a każdą próbą dyskusji traktuje się jak atak na sacrum. Brak wymiany myśli rodzi frustrację i napięcia z obu stron. W rezultacie, do głosu dochodzą wszelkiej maści oszołomy i krzykliwi populiści. Wczoraj na przykład, w naTemat dziennikarka Eliza Michalik dziwiła się, co też złego jest w nazywaniu papieża chujem. Jako, że nie skąpiłem swych wyjaśnień prymasowi, podzielę się nimi także z panią Michalik. Otóż w nazywaniu papieża chujem tyle jest złego, ile w nazywaniu dziennikarki głupią cipą. Nie chodzi o to, kto jest papieżem, kto dziennikarką, a kto recepcjonistą czy inkasentem. Chodzi o unikanie prymitywizmu i chamstwa.
Bardzo żałuję, że najbardziej słyszalni są w Polsce ludzie, którzy tak naprawdę wcale nie są rozmową zainteresowani. Lubią wykrzykiwać swe racje, a obelżywości kierowane do adwersarzy stanowią ich ulubione figury retoryczne.
