Najwyraźniej Maria Magdalena poczuła się dotknięta mym ostatnim tekstem, w którym nieco pochopnie użyłem sformułowania "półnaga dziwa". A może to ojcowie kościoła obrazili sie za określenie "męskie szowinistyczne świnie"? Tak czy inaczej, ukaranie mnie kolizją samochodową uważam za małostkowe.

REKLAMA
A było tak: jechałem samochodem wąską uliczką, z których znana jest Saska Kępa. Dostrzegłem, jak z naprzeciwka zbliża się ku mnie ze sporą prędkością taksówka nie bacząc na fakt, że na poboczu drogi zaparkowane jest auto. Dwa auta mieszczą się na wąskiej uliczce, trzy już nie. Taksówkarz, by wyminąć zaparkowane na poboczu po jego stronie drogi auto, winien zwolnić i mnie przepuścić. Najwyraźniej kierowcy taksówki musiało się spieszyć, bo nie ustąpił, próbował wymusić pierwszeństwo, co w rezultacie doprowadziło do kolizji, urwania lusterek, wgniecenia blachy, itp. Ten kierowca taksówki musiał się naprawdę spieszyć, bo po zderzeniu zaledwie lekko przyhamował, ale potem ruszył z piskiem opon i odjechał. Nie był najwyraźniej ciekaw czy mi się co poważnego nie stało. Na szczęście ja miałem więcej czasu, a poza tym byłem ciekaw numeru polisy ubezpieczeniowej tego taksówkarza. Dość, że dogoniłem go na Gocławiu, i zajechawszy drogę zmusiłem do zatrzymania. Amatorów taniej sensacji muszę rozczarować: nie doszło do mordobicia, ani nawet pyskówki. Zadzwoniłem na policję i ze wszech miar starałem się powściągać – bo czasem ulegam przypływom irytacji, których sam potem żałuję.
Nie dając folgi naturalnej skłonności, by chuligana uciekającego z miejsca kolizji fizycznie doświadczyć, zdałem się na szyderstwo. Widząc rumianą, tępawą mordę zapytałem, jakby pojednawczo:
- I co? Jak tam Święta? Był pan ze święconką? Wyspowiadał się pan?”
- Jasne, byłem. Ale jakoś nie pomogło! Widzi pan jakie nieszczęście!
Najwyraźniej sprawca nie dostrzegł sarkazmu mej uwagi i spontanicznie wyraził swój żal, że praktyki religijne nie uchroniły go przed nieszczęściem. Zapytałem, czy oczekiwał, że wzruszona pobożnością Matka Boska powinna mu pomóc w ucieczce z miejsca wypadku. Taksówkarz zorientował się wreszcie, że robię sobie z niego durnia i rozmowa się skończyła. Ale niebawem nadjechała policja...
Mundurowi dwukrotnie dopytywali się, czy życzymy sobie ich interwencji, czy też sami załatwimy sprawę między sobą. Oświadczyłem, że Kodeks Boziewicza nie dozwala mi załatwić tej sprawy tak, jakby należało, będę zatem wdzięczny za ich pomoc w tym względzie. Moje odniesienia do kodeksu honorowego nie były chyba jasne dla wszystkich, bo policjanci zapytali dla jasności: „czy mają pisać”. Odparłem, że ja darzę ich pełnym zaufaniem i w pełni satysfakcjonuje mnie ich słowo honoru, ale podejrzewam, że zakład ubezpieczeniowy może małostkowo domagać się spisanych protokołów. Tak to sobie wesoło gwarzyliśmy, a ja w istocie byłem coraz bardziej ciekaw, jak to wszystko się skończy. Rozbity samochód i tak nie był mój (gdyby ucierpiał mój ukochany Citroen, czytalibyście wstrząsający raport o zbrodni w afekcie). Zastanawiałem się całkiem serio, co grozi sprawcy, który ucieknie z miejsca zderzenia. Okazało się, że nic. Taksówkarz przyznał się bowiem do spowodowania kolizji, i tyle. Policjantów zaś nie interesowało, dlaczego spotykamy się 3 km od miejsca zderzenia, dlaczego mój samochód tarasuje ulicę stojąc w poprzek przed samochodem sprawcy. „Panie, i bez tego dosyć jest pisania” - usłyszałem. Policjant biorąc mnie na stronę powiedział: „ Ja rozumiem pana wkurwienie, bo ten debil (kierowca taksówki) powinien dać panu 3 stówy, a pan ma przecież samochód służbowy z polisą AC, więc powiedziałby pan szefowi, że lusterko ktoś urwał na parkingu. Miałby pan w kieszeni 3 stówy, taksówkarz nie dostałby mandatu i punktów karnych, a my nie musielibyśmy pisać.”
Ten sprawca to nie był gangster, kryminalista, ale taki sobie zwykły rumiany chamek, jakich pełno wokół. Zwyczajny gość, który kombinuje, jak się wymigać, kiedy się stuknęło czyjś samochód. Policjant też nie był wcieleniem zła i demonem korupcji, ale zwyczajnym życiowym facetem, który wie, jak to załatwić, żeby nam wszystkim trzem było lżej, taniej i wygodniej.
Pełni jesteśmy pretensji do polityków, że oszukują, kradną i próżniaczą się. A prawda jest taka, że politycy naprawdę stanowią reprezentację narodu cwanych chamków, którzy bezustannie kombinują, jak te zasrane 3 stówy urwać, jak mniej pracować, jak uciec, kiedy się komuś stuknie samochód.
...Tylko błagam, nie piszcie, że sami osobiście jesteście uczciwi, i że macie mnóstwo przyzwoitych znajomych. Ja też! Tylko co z tego? Mam porysowany samochód, urwane lusterko, no i... nie mam nawet tych 3 stów!

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?