Żaden mój wpis na FB nie wywołał tak żywiołowej dyskusji, jak ten poświęcony aktywności wirtualnej pewnej znajomej nastolatki. Ponad sto komentarzy: tłumaczenia, personalne zaczepki, obraza, blokowanie siebie nawzajem. A wszystko z powodu pewnego dziewczątka, które jako tło swego profilu zamieściła baner z lakonicznym tekstem...
REKLAMA
Zapytałem znajomych, jak powinien zareagować mój przyjaciel, którego nastoletnia córka zamieściła taki baner na swoim profilu. Co ten gest może znaczyć? Czy ojciec powinien reagować, czy też nie? Dość szybko posypały się sugestie, że to pewnie tylko szpan, ale znajomy powinien porozmawiać z córką by ustalić, czy za tym ekscentrycznym gestem nie kryje się jakiś problem.
Wymiana zdań nabrała rumieńców, gdy pewna pani napisała, że ona za publiczne złożenie podobnej deklaracji dostałaby od ojca w skórę. Choć absolutnie żaden z uczestników dyskusji nie pochwalił bicia dzieci, to starliśmy się w polemicznej konfrontacji o słowo: dyscyplina. I o niej chciałbym napisać kilka słów – w absolutnym oderwaniu od przytoczonego żartu niewinnej i sympatycznej córki mego przyjaciela.
Zarówno zapalczywa wymiana zdań na FB, jak i inne moje doświadczenia upewniają mnie, że wielu dzisiejszych rodziców alergicznie reaguje na słowo „dyscyplina” i dość pochopnie rezygnuje z jej wdrażania. Przeciwstawiają jej takie słowa jak: dialog, szacunek, wrażliwość, samodzielne myślenie. Nie chcę się wdawać w semantyczne rozważania, ale nie wydaje mi się, by dyscyplina oznaczała brak szacunku, czy rezygnację z rozmowy – w moim głębokim przekonaniu, rezygnacja z pojęcia dyscypliny skazuje nasze dzieci na frustrację i nieprzystosowanie społeczne w życiu dorosłym.
Nasz skądinąd zrozumiały postulat, by dać potomstwu szczęśliwe dzieciństwo stoi bowiem w sprzeczności w oczywistą koniecznością przygotowania dzieci do dorosłego życia. Wierzę święcie, że koniecznie trzeba pokazać dzieciom, jak wiele można osiągnąć, kiedy zdecydujemy się na dialog i uruchomimy empatię. Nie szydzę, broń Boże! Wychowywanie dzieci w ten sposób, by przede wszystkim były grzeczne uważam za niemądre, krzywdzące, często okrutne. Myślę jednak, że podobnie jak sztukę wymiany myśli i uczyć - powinniśmy przekazywać dzieciom także umiejętność podporządkowania się dyscyplinie.
Zauważyłem istną manię dyskutowania z dziećmi w sposób urągający ich inteligencji. Choćby przed chwilą, w parku jordanowskim mama tłumaczyła dziecku blisko godzinę, dlaczego powinni już iść do domu. Rezolutny malec poznał argumenty matki już po pierwszej minucie, jednak wolał dalej bawić się w piaskownicy. Matka, wierząc słusznie w potęgę dialogu, uważała (niesłusznie) swego synka za kretyna, któremu prostą rzecz trzeba tłumaczyć przez godzinę. Podczas gdy on świetnie rozumiał nie tylko to, co mama do niego mówiła, ale i to, że nie musi jej słuchać. Postępował inteligentnie i racjonalnie – no może nieco okrutnie wobec swojej coraz bardziej sfrustrowanej, na koniec rozgniewanej matki.
Nie pomstowałbym jednak na malca ulegającemu pokusie zabawy w piasku, bo przecież sami postępujemy podobnie, a często znacznie gorzej. Na przykład palimy papierosy – czy dlatego, że nikt nigdy nie wytłumaczył nam związku pomiędzy paleniem i chorobą nowotworową? Nie! Wszystko wiemy, wszystko rozumiemy, ale ulegamy pokusie. I to jest normalne, tak samo, jak zrozumiała jest pokusa baraszkowania w piaskownicy w wielu 4 lat. Nie sądzę ponadto, by godziny wejście i wyjścia dziecka z placu zabaw należało traktować tak samo kategorycznie, jak pory apelu w Auschwitz. Trzeba brać pod uwagę dziecięce namiętności i wykazywać się zrozumieniem, a kiedy można, to iść na kompromis. Sęk w tym, by zawarty obopólnie kompromis był obopólnie szanowany, a nie gwałcony każdorazowo histerią lub lekceważeniem.
W pełni rozumiem postulaty, by dzieciom jak najwięcej tłumaczyć i objaśniać – bo wychowywanie nie jest przecież tresurą i ma doprowadzić do samodzielności, a nie kształcić jedynie w wypełnianiu poleceń. Czy nie krzywdzimy jednak dzieci przyzwyczajając je do całkowicie fałszywego układu, w którym wypełniają tylko te polecenia, co do których same dały się przekonać? Czy naprawdę okaleczymy wrażliwość i kreatywność dziecka, jeśli mu wytłumaczymy, że część rygorów musi przyjąć nawet wtedy, gdy nie jest do nich przekonane bez reszty. Albo jeszcze inaczej: że czasem trzeba zrozumieć i uznać samemu czyjś autorytet lub kompetencje, i w rezultacie okazać posłuszeństwo?
Przecież podporządkowanie się jakiejś (nie każdej!) dyscyplinie nie musi oznaczać złamanego kręgosłupa moralnego i bezpowrotnie utraconej godności. Każdy rozumie chyba zasadność podążania za wskazówkami trenera, gdy uczymy się jeździć konno. Dobry to przykład, bo klub jeździecki nie jest obozem koncentracyjnym i wiele dzieci przeżywa tam szczęśliwe chwile. Jednak, każdy kursant domagający się dyskusji zanim wypełni polecenie trenera, zostałby niechybnie wyrzucony. Przedtem zaś mogłaby mu się zdarzyć niemiła przygoda, gdyby pomimo poleceń trenera tkwił za zadem konia pogrążony w pasji polemicznej. Już słyszę, jak oponenci podnoszą, że przecież trzeba tłumaczyć, a nie wydawać polecenia. Czy jednak nie jest logiczne, by czasem dać się przekonać do wypełniania poleceń? Życie ze swymi wszelkimi zawiłościami jest bardziej złożone, niż jazda konna, a umiejętność współpracy z ludźmi trudniejsza, niż zapanowania nad wierzchowcem. Zanim uczeń stanie się mistrzem, dobrze by umiał czasem wypełniać polecenia mistrza.
Zachwyceni słowem asertywność próbujemy zapomnieć, że rzeczywistość nie zawsze rządzi się regułami klubu dyskusyjnego, i czasami musimy wypełniać polecenia innych ludzi. Sami to doskonale wiemy i rozumiemy, ale próbujemy wpoić dzieciom, że jest zupełnie inaczej...
