Jak donosi Janusz Omyliński: Aktywiści GreenPeace wspięli się na stumetrowy komin i żądają rozmów z wicepremierem Pawlakiem. Całkiem ambitnie! Proponowałbym zejść na ziemię i zająć się bardziej przyziemnymi (bliższymi ziemi) sprawami.
REKLAMA
Krytykować akcje społeczne za efekciarstwo to tak jak krytykować artystkę sceniczną za brak skromności. Kiepsko jednak, gdy cały występ obliczony jest głównie na zaspokojenie miłości własnej artystki. Nie twierdzę, że akcje ekologów organizowane są jedynie po to, by było o nich samych głośno, ale zdumiewa mnie, jak wiele spraw ważkich jest przez nich ignorowanych.
Sprawa pierwsza z brzegu, ekoodpady. Od dekad producenci sprzętu elektronicznego produkowali setki typów i rodzajów zasilaczy i kabli łączących urządzenia z peryferiami. Powodowało to produkcję setek tysięcy ton elektrośmieci, bo kupując każdy nowy telefon trzeba było wymieniać wszystkie kable. Czy jednak lobby ekologiczne walczyło o standaryzację zasilaczy? Czy słyszał kto, by jakiś działacz przywiązał się do bramy producenta elektroniki. W końcu to Komisja Europejska, czyli bezduszni urzędnicy, wymogli na producentach telefonów, by każde urządzenie było zasilane takim samym kablem. Dlaczego walka z koncernami produkującymi tysiące ton plastikowych elektrośmieci nie wydała się ekologom dość kusząca? Podejrzewam, że nie była tak pięknym i szlachetnym zajęciem, jak dyndanie na gałęzi mającego być ściętym drzewa, lub prucie fal oceanu w obronie delfinów, czy wielorybów.
Kolejnym przykładem aktywności, za którą ekolodzy znad Wisły jakoś się nie biorą dotyczy wody pitnej w Warszawie. Wydano około 300 mln zł na modernizację oczyszczania i przesyłania wody w Warszawie – co ciekawe – z dobrym skutkiem. Wszystkie bowiem autorytety są zgodne - warszawska woda kranowa nadaje się do picia. ...Ale na skutek wieloletnich przyzwyczajeń niemal nikt jej nie pije. Cóż ma to wspólnego z ekologią? Otóż coś pić trzeba, więc Warszawiacy kupują miliony litrów wody stołowej, źródlanej i mineralnej. O ile picie wysokogatunkowej wody mineralnej ma sens zdrowotny, o tyle kupowanie wody źródlanej w sytuacji, gdy w kranie jest niemal za darmo woda pitna mija się z celem. Największa różnica polega na zużywaniu milionów jednorazowych butelek PET – co nie wydaje się kwestią godną uwagi ekologów. Słyszałem o wielu akcjach, ale o tym, by zniechęcać ludzi do kupowania wody stołowej w jednorazowych butelkach, jakoś cicho. Dalece większa wrzawa towarzyszyła wycięciu jednego (słownie: jednego) starego drzewa na Saskiej Kępie, niż dającemu się uniknąć zaśmiecaniu Warszawy milionami butelek PET po wodzie stołowej.
Ja wiem, że każde pozytywne działanie jest godne pochwały, ale aktywiści ekologiczni za często przypominają rycerzy z bajki. Gotowi są nieść pomoc o ile zagrożona jest piękna i cnotliwa panna pochodząca ze stanu książęcego, ze znacznym posagiem, zaś oni sami mogą wystąpić w lśniącej zbroi.
