Śmieszą mnie zachwyty wobec kolejnych korpoludków, którzy zakładając własny small biznes wygłaszają manifesty ideologiczne: samodzielność, wolność, rodzina! Czy naprawdę trzeba skończyć prestiżową uczelnię i zyskać doświadczenie w korporacji, by ostatecznie dojść do konkluzji, którą zna każda kioskarka na prowincji?

REKLAMA
To chyba nawyk z korporacji, że każdą decyzję biznesową uzasadnia się ideologicznie, i pompuje PR-owski balon. Każdy wybór obwieszczany jest światu z takim pierdem i patosem, jakby chodziło o lekarstwo na raka. Trochę mi to przypomina nawrócenia w show biznesie: rockman chla, ćpa i defloruje nastolatki, a podem pada na kolana przed kamerami i krzyczy: Jezus jest moim Panem! Naprawdę ekstra – to teraz żyj uczciwie, i nie rób bliźnim, co tobie nie miłe. Wiadomo, że tak właśnie trzeba już od tysięcy lat, więc po co ten cały szum?
Ja też pracowałem dla korporacji. Pracowałem dla telekomu, świadczyłem usługi PR dla wielkich firm, przez moment byłem nawet w zarządzie fabryki spirytusu. Zrobiłem MBA i znalazłem się w zarządzie organizacji, która zbankrutowała na jakieś 500 mln zl. ...a potem całe to gówno rzuciłem, zacząłem robić zdjęcia, zostałem operatorem obrazu. Teraz projektuję i produkuję meble.
Powiecie, że jestem taki sam? Otóż nie! Nie dorabiam na siłę ideologii do swoich wyborów życiowych. Nie próbuję nikogo poruszyć emocjonalnie historią mej przemiany, by mu potem sprzedać biurko. Przez ostatni rok napisałem blisko 130 felietonów, występowałem jako bloger w TV. Pisałem o bardzo różnych tematach. Parę razy próbowałem was poirytować (choćby przewrotnie pisząc o Urbanie, czy ks. Lemańskim), ale nigdy do głowy mi nie przyszło by Was epatować bzdetami na swój własny temat.
A przecież mógłbym tak: cyniczny cwaniak, który inkasował niezłą kasę za raporty dla koncernu gazowego teraz otwiera się na emocje i kręci cykl dokumentalny o sanktuariach; albo: prezes i właściciel firmy informatycznej poleca wszystko dyrektorowi zarządzającemu, a sam zostaje dizajnerem, projektuje meble. Prawda? Prawda! Ale nie po to zaniechałem korporacyjnego PR'u, by teraz wtykać ludziom takie tanie bzdety. Co to kogo interesuje, jakie przemiany przeszedłem? Moje zdjęcia, moje meble muszą się bronić same – muszą się podobać! Czy muszę w pakiecie z biurkiem sprzedawać moją osobistą historię życia? Przecież nie po to się odzyskuje osobistą wolność, by nią teraz kupczyć!
Dość długo prostytuowałem się jako PR-owiec. Niektóre swe „osiągnięcia” wspominam z zawstydzeniem, inne z rozbawieniem – na przykład tekst o sedesach, jaki sprokurowałem dla spółki giełdowej produkującej ceramikę. Dziś już nie jestem w stanie zrozumieć, jak udało mi się wyprodukować kilkanaście stron tekstu o kiblach – a tekst przyjęty był przez klienta entuzjastycznie!
...A zatem dostatecznie długo pracowałem jako PR-owiec, by nie poznać się na PR-owym charakterze tych ekspiacji nawróconych korpoludków. Dlatego uśmiecham się cynicznie, kiedy czytam tekst redakcyjny w naTemat: „Pan Łukasz zgłosił się do nas i także chciał opowiedzieć swoją historię. Krótko mówiąc: Imponująca.” Pan Łukasz epatuje czytelników, jak to miał kiedyś 60 ludzi pod sobą, jak to ratował deale za miliony złotych. A potem deklaruje: „Gdy umarła moja mama uświadomiłem sobie, że zawsze chciałem zrobić firmę informatyczno-medyczną”. No i dalej opowiada o swojej nowej firmie.
Drogi Panie Łukaszu, życzę wiele szczęścia! Wiem, że będzie Panu ono potrzebne, bo sam rozkręcam nowy biznes i wiem, jak jest ciężko. Myślę, że historia o śmierci matki i odzyskiwaniu wolności skradzionej przez korporację, jest niezłym pomysłem na publicity, ale to raczej jednorazowy strzał. Jeśli tematu szybko nie podchwycą telewizje śniadaniowe, to skończy się na jednym tekście.
Drodzy Czytelnicy! Nie dajcie się nabierać na łzawe historie pozbawione treści. Konkluzja w postaci „warto pracować spokojniej i poświęcać czas dla rodziny” znana jest każdej pani która prowadzi kiosk z warzywami, nauczycielce, aptekarzowi, listonoszowi. Oni to wiedzą od dawna, nawrócone korpoludki potrzebowały prestiżowych uczelni i lat pracy, by w końcu do tego dojść. W przeciwieństwie do kioskarki, czy listonosza, pozostał im jednak ten nieznośny korporacyjny nawyk, by wciąż wokól siebie robić dużo szumu...