Podczas ostatniej, największej demonstracji Głuchych, padło wiele ważkich postulatów, pięknych haseł: godność, prawa obywatelskie, równe szanse. Ja jestem tylko prostym stolarzem, więc postanowiłem sprawdzić, o co tak konkretnie chodzi.

REKLAMA

Nie jestem niczyim rzecznikiem, nie znam środowiska ludzi niesłuszących/Głuchych. Nie roszczę sobie pretensji do opisania ogółu ich zmartwień. Ot, przytaczam historię pierwszą z brzegu – zaręczam, że prawdziwą.
Instytut Głuchoniemych w Warszawie, pośród wielu bardzo cennych działań, uruchomił szkołę zawodową piekarniczą. Przygotowano pracownie, zgromadzono fachowców, podpisano umowy z piekarniami, w których uczniowie mają możliwość odbywać praktyki. Całość działa ku radości uczniów mogących zyskać nie najgorzej płatny i dość prestiżowy zawód. W Instytucie, już od 15 lat funkcjonuje z dobrym skutkiem szkoła ogrodnicza, więc pomysł uczenia Głuchych/niesłyszących zawodu jest jak najbardziej sprawdzony, wszystko idzie świetnie. ...Chociaż właściwie nie wszystko, bo nauka kończy się państwowym, zewnętrznym egzaminem potwierdzającym kwalifikacje zawodowe. W tym miejscu konieczne jest małe wyjaśnienie: otóż dla poważnej części niesłyszących od urodzenia, język polski jest językiem obcym, bo językiem ojczystym (językiem matki) jest język migowy, który cechuje zupełnie odmienna gramatyka. Muszą więc zdawać egzaminy w języku obcym – tak jakbyśmy my - słyszący - musieli zdawać na maturze matematykę, fizykę czy chemię po angielsku. Byłoby to trudne, nawet dla tych, którzy z angielskiego mają piątki, prawda?
Powracając do nadzorowanych przez kuratorium, pisemnych egzaminów zawodowych. Otóż nie dość, że pytania egzaminacyjne są sformułowane w języku „obcym”, to jeszcze nazbyt formalnym i teoretycznym, jak na możliwości niesłyszących/Głuchych uczniów szkoły zawodowej. Na przykład, trudności uczniom niesłyszącym/Głuchym (tak samo zresztą jak i mnie) może nastręczać zdanie podrzędnie złożone, w którym mowa o „własnościach sensorycznych produktu”. Możnaby napisać po prostu o smaku, zapachu i wyglądzie produktu – znaczyłoby dokładnie to samo! No, ale okazuje się, że nie można! Władze Instytutu Głuchoniemych zwracały się z takim postulatem już niejednokrotnie do Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej, a za jej pośrednictwem do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Bez skutku! Jest to zupełnie absurdalne, bo konieczność odrębnego opracowania egzaminów dla uczniów niesłyszących uwzględniono np. w przypadku matur pisemnych z języka polskiego, historii, wiedzy o społeczeństwie. Dlaczego Centralna Komisja Egzaminacyjne nie chce opracować takiej specjalnej wersji dla uczniów zasadniczych szkół zawodowych - nie wiadomo. Jak wyjaśnił w rozmowie z dziennikarką Przeglądu Piekarskiego i Cukierniczego dyrektor Instytutu Głuchoniemych, dr Tadeusz Adamiec, sprawy nie dało się załatwić.
Broń Boże nie chodzi o zaniżenie standardów na potrzeby podopiecznych Instytutu. Chodzi po prostu o to, by zdając bardzo ważny, przesadzający o karierze zawodowej egzamin, można go było zdawać w języku ojczystym, albo uproszczonej gramatycznie wersji języka obcego. To pozwoliłoby lepiej rozeznać wiedzę z zakresu piekarstwa, nie zacierając obrazu kwestiami biegłego posługiwania się językiem obcym. Jak wielu z Was, choć piszecie w CV, że znacie angielski biegle, wie jak przetłumaczyć „własności sensoryczne produktu”? Ja przyznam się, że choć zdobyłem dyplom angielskiej uczelni, za cholerę nie wiem, jakby to przetłumaczyć. Pewnie wolałbym po prostu powiedzieć: smak, zapach, wygląd.
Czy to tekst o zaniechaniu Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, czy jakiejkolwiek innej nadzorującej ją instytucji? Ależ nie, to tekst o skrzyżowaniu tępoty z brakiem wrażliwości! To przecież nie kwestia rozporządzeń, dekretów i ustaw, ani braku nadzoru określonych instytucji. Jakaś pani, czy jakiś pan, a pewnie raczej jakieś czcigodne grono nie jest w stanie przez chwilę pomyśleć inaczej, niż im to nakazuje przyzwyczajenie. Jakiś ćwierćinteligent nie wyobraża sobie odpowiedniego kwestionariusza bez sformułowań, które kiedyś z takim mozołem przyswoił.
Czy kwestia dotyczy jedynie urzędników? Czy możemy na nich ponarzekać i od tego poczuć się lepiej? Boję się że nie. Zastanówcie się, na ile cierpliwie i chętnie byłby wysłuchana osoba niepełnosprawna aplikująca w miejscu, gdzie pracujecie. Gdyby do biura przyszedł ktoś nieco odmienny: miałby np. jedną kończynę krótszą, mniej wyraźnie mówił, albo miał widoczną protezę? Nawet, jeśli w niczym nie przeszkadzałoby to w pracy – czy taka osoba zostałaby przyjęta? Tak? To dlaczego, do cholery, nigdzie takich pracujących osób nie widać? Dlaczego niesłyszący - nawet ci z wyższym wykształceniem - pracują często pilnując parkingu, czy sprzątając supermarkety. Dlaczego w pracy, biurze, urzędzie, na poczcie i uczelni - wszędzie ma być tak, jak w reklamie chipsów: sami tryskający zdrowiem i seksapilem młodzi ludzie, z których każdy miło się uśmiecha, a uśmiech ten pozbawiony jest jakiejkolwiek refleksji.
Nie oczekuję refleksji od bohaterów reklam. Wszak oni najedli się czipsów i są bezgranicznie szczęśliwi. Co jednak z nami? Nie ośmielam się pouczać Szanownych Czytelników, co do wymogów elementarnej solidarności społecznej, etyki chrześcijańskiej - ale apeluję o chwilę namysłu. Na ile jesteśmy gotowi wspierać tych bardziej potrzebujących, czasem słabszych, czasem tylko innych? Na ile gotowi jesteśmy zwolnić szaleńcze tempo biegu ku zamożnej Europie, by sprostać standardom, które tam już obowiązują.
P.S. UWAGA, dzięki uprzejmości Pana Sławka Łuczywka, mogę zaprezentować tłumaczenie mojego tekstu na język migowy.