Nigdy nie był zakapiorem zamkniętym w świecie ekstremistycznej idei. Zawsze wesoły, rubaszny, towarzyski. Nie dało się go nie lubić. Ja też go lubiłem... i lubię, choć jest faszystą.

REKLAMA
Poznaliśmy się redakcji, w której razem pracowaliśmy. Był gościem na moim weselu, ja spędzałem w jego domu kolejne Sylwestry, kupiłem nawet od niego używany samochód. Byliśmy kumplami, ale kiedy drogi zawodowe się rozeszły, jakoś straciliśmy ze sobą kontakt. Odnaleźliśmy się na FB, zaplanowaliśmy nawet spotkanie, do którego wciąż nie dochodziło. Z wpisów mego kumpla na FB dowiedziałem się, że w trakcie dekady, kiedyśmy się nie widzieli, bardzo rozwinął swą pasję historyczną. Jej nieodłącznym elementem stanowiło zaś tropienie żydowskich zbrodni na narodzie polskim.
Cóż, historia zna wiele przypadków, wśród nich i takie, że Żydzi mordowali Polaków. Umieszczanie ich w centrum pasji badawczej wydaje mi się jałowe intelektualnie i dość fałszywe historycznie, ale mniejsza. Gorzej, że skutkiem (przyczyną?) takich studiów stały się u mego kumpla jawnie antysemickie wypowiedzi. Starałem się nimi polemizować – dodając publiczne komentarze na FB, pisząc prywatnie wprost do niego. Kumpel reagował przyjaźnie. Odpisał, że „sam nie wie skąd u niego tyle nienawiści.” Zapewnił, że choć publikując na FB jest „oszołomem - naziolem”, to przecież prywatnie jest nadal normalnym kochającym ojcem, mężem. Choć nienawidzę takiego połączenia: kochający mąż i ojciec/publicznie faszysta – to pozostaliśmy w przyjaznych relacjach. Kumpel raz publikował przepis na naleśniki z bitą śmietaną, kiedy indziej notkę o żydowskich katach.
Ja starałem się w swych reakcjach unikać protekcjonalnego tonu. Frapowało mnie, że człowiek jakoś mi przecież bliski, deklaruje poglądy trudne do zrozumienia, niemożliwe do obrony. Im bardziej poglądy były odpychające, tym bardziej zależało mi na partnerskim kontakcie z kumplem. W końcu, im bardziej chcemy kogoś zrozumieć, tym bliżej powinniśmy go poznać. ...Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować. Zaczęło się, kiedy podczas jednej z dyskusji na FB kumpel napisał, że „koledzy Adolfa generalnie byli ok, a szczególnie Eichmann”, oraz, że „nie zamierza przepraszać za Jedwabne, bo nie widzi niczego złego w eksterminacji”. Zanim zdążyłem zareagować (dość długo zastanawiałem się nad odpowiedzią) kumpel dodał wpis o izraelskich licealistach odwiedzających Polskę, nazywając ich pieszczotliwie „mydełka”. Napisałem tylko, że „To już nie jest ani chamskie, ani głupie – tylko strasznie smutne”, i usunąłem mego kumpla spośród znajomych na FB.
Nie namawiam żadnego spośród pozostałych znajomych, by mojego kumpla hejtowali, banowali, czy okazywali złość i pogardę w jakikolwiek inny sposób. ...Ale było i jest mi jakoś łyso, że spośród 497 FB znajomych kumpla, tylko ja negatywnie zareagowałem na powtarzające się, jawnie faszystowskie wpisy. Przeczytałem kilka wątków z jego profilu dokładnie. Paręnaście osób deklarowało w sposób mniej lub bardziej umiarkowany swoje poparcie, a w każdym razie zrozumienie. Jedni przeczyli ustaleniom historyków dotyczącym Jedwabnego, inni argumentowali, że „jak żydzi traktowali Polaków”. Nikt spośród blisko pół tysiąca znajomych nie odniósł się do tych wypowiedzi negatywnie. Ja wiem, że nie wszyscy czytają wszystkie wpisy, ale żeby żadnego nikt?
Ponad wszelką wątpliwość faszystowskie poglądy zdarzają się w wielu miejscach świata, w bardzo różnych środowiskach, ale wszędzie w cywilizowanym świecie, poglądy faszystowskie skazują na ostracyzm towarzyski. U nas, nawet jeśli żenuje nas zachowanie kogoś z grona znajomych, to poprzestajemy na zdawkowym grymasie. Czasem, skrępowani obecnością innych świadków rzucimy półgębkiem coś w rodzaju: „Rysio lubi tak coś czasem palnąć...”. Najwyższym zaś stopniem naszej dezaprobaty bywa przybranie postawy słuchacza nieudanego żartu.
Czy namawiam do linczu towarzyskiego, rygorystycznego przestrzegania standardów i dyscyplinie political correctness? Nie! Ale chciałbym, by ktoś spośród pół tysiąca znajomych napisał do mojego kumpla krótko, zwięźle, po koleżeńsku: „Stary, poj***ło Cię?”