Jakiś czas temu przeżyłem najbardziej wyczerpujący dzień zdjęciowy w swoim życiu. Relacja z niego może być ciekawa nie tyle ze względu na charakter pracy operatora, ile na charakter... dyrektorów firmy farmaceutycznej.
REKLAMA
Operatorzy obrazu (zwani potocznie kamerzystami) prześcigają się w opisach najtrudniejszych wyzwań zawodowych, najtrudniejszych, najbardziej niewdzięcznych obiektów zdjęciowych, warunków, itp. Panuje przy tym zgoda, że w ogólności najtrudniejsze do filmowania są: zwierzęta, dzieci i ognień – każde z osobna jest bowiem żywiołem nieprzewidywalnym. Moje niedawne doświadczenie przekonało mnie jednak boleśnie, że najtrudniej jest filmować dyrektorów firmy farmaceutycznej.
Zazwyczaj „kręcę” na potrzeby telewizji, ale ostatnio przytrafiła mi się fucha: kolega naraił firmę farmaceutyczną, która zamówiła film instruktażowy dotyczący akwizycji. W roli ekspertów i zarazem aktorów wystąpić mieli szefowie sprzedaży poszczególnych regionów, z których każdy u zarania swej kariery wąchał proch, czyli pracował w terenie jako reprezentant handlowy. Ja miałem pokierować zdjęciami tak, by zrealizować przewidziane w zleceniu scenki, a następnie je zmontować z pomocą montażysty. Ponosiłem zatem odpowiedzialność za efekt końcowy, bo pełniłem funkcję reżopa (reżyser i operator) – to taki nowy zawód coraz powszechniejszy w czasach kryzysu.
Już na początku przekonałem się, że łatwo nie będzie, bo nie byłem w stanie rozpocząć jakichkolwiek działań, ani nawet uzgodnić czegokolwiek z moimi aktorami, nim nie dowiedziałem się który z nich jakim samochodem jeździ. Bonusem wprowadzonym bowiem ostatnio w ich firmie było, że szefowie określonego szczebla (w tej liczbie moi rozmówcy) mogli wybrać sobie dowolny samochód, którego cena mieści się w określonym przedziale. Można sobie wyobrazić szczęście tych wolnych ludzi, którzy zamiast obowiązkowego Opla z kratką, mogą sobie teraz zażyczyć VW, Toyotę, Volvo czy cholera wie co jeszcze. Każdy z moich rozmówców epatował radością spełnienia - mógł bowiem wyrazić swą osobowość poprzez wybór marki samochodu. Po zaspokojeniu mojej - bynajmniej nie ujawnianej - ciekawości w kwestii motoryzacyjnej, postanowiłem wziąć się raźno do pracy.
Nie chcę zamęczać opisem katorżniczej pracy polegającej na układaniu fabuły z dość sztucznych form instruktażowych. Każda miała zawierać w sobie sekret na to, jak wzbudzić magistrach farmacji płci obojga ciekawość. Ciekawość tę należało następnie w sposób przebiegły przekuć na niepohamowaną wolę eksponowania w aptece tabletek na różne rzeczywiste i urojone dolegliwości. Śmiechu było przy tym co niemiara, bo sami dyrektorzy (płci obojga) bardzo żywiołowo wzbudzali w sobie nawzajem ciekawość, a następnie pożądanie. Dało się jedna wyczuć, że to udawana wesołość i fałszywe pożądanie. W istocie bowiem, wszyscy aktorzy (i zarazem autorzy wypowiadanych kwestii) zdawali sobie sprawę, że klepią bzdury – co wyznawali kolejno w przypływach szczerości. Nie mniej szczerze brzmiały niestety ich wynurzenia, że wprawdzie ich instruktaż jest głupi, ale ich pracownicy jeszcze głupsi – całość więc realizowanych działań powinna przyczynić się jakiś skutek. Skutkiem miało zaś być „podniesienia kwalifikacji ich sejlsforsów”.
W pewnym momencie dyrektorzy poczuli się nieco zażenowani szczerością, jaką mi okazali. Pożałowali najwyraźniej swej bezpośredniości, bo postanowili odbudować nadszarpnięty autorytet powracając do roli szefów. Raźno więc zabrali się za zmianę ustawienia świateł, kątów widzenia kamery, poszczególnych planów. Nalegali przy tym na robienie transfokacji (tzw. zoomu) i szybkich panoram (majdrowanie kamerą na boki, znane powszechnie z filmów weselnych i kina niezależnego). Wolę swą wyrażali tonem znacznie bardziej kategorycznym, niż gwiazdy filmowe z którymi zdarzało mi się spotkać na planie. Gwiazdy zazwyczaj panikują w kwestii ustawienia światła mogącego wyeksponować zmarszczki, ale na Boga, same osobiście nie łapią za lampy by je poprzestawiać. Nie próbują nawet sugerować przekraczania osi montażowej, itp. Każdy z dyrektorów musiał udowodnić mi, dlaczego został dyrektorem. I rzeczywiście każdy z nich wykazywał (w nadmiarze) umiejętność właściwą szefom – zdolność do podejmowania decyzji przy deficycie informacji. ...całkowitym deficycie informacji - czyli w tym wypadku - wiedzy o filmowaniu. Mimo całego współczucia, które miałem dla tych nieszczęsnych dyrektorów, nie pozwoliłem im na ingerencje w coś, na czym się za cholerę nie znają. Po pierwsze, bo się nie znają; po drugie, bo to ja jestem wolnym człowiekiem, choć żadna korporacja nie sfinansuje mi zakupu dowolnie wybranego samochodu (wiem, to moje odszczekiwanie się o wolności brzmi trochę jak autoprezentacja Rzędziana: Jam to szlachcic, choć ubogi!). Dyrektorzy jakoś uznali mój prymat w dziedzinie filmowania. Bynajmniej nie z szacunku do kwalifikacji, ale ze względu na wymóg chwili: wyczuli, że ta cała fucha wisi mi kalafiorem, a oni sami tej produkcji nie skończą przed zaplanowanym zjazdem „sejlsforsów”. Ograniczyli się do wypowiedzenia paru kwaśnych uwag, że mianowicie „praca na planie zdjęciowym powinna być działaniem zespołowym, do którego oni są bardzo, ale to bardzo przyzwyczajeni”. Byłem już na tyle umęczony całodzienną szarpaniną, że nie miałem siły nawet parsknąć śmiechem.
Jako operator obrazu wiem już, że trudniejsi do filmowania niż zwierzęta, dzieci i ogień są dyrektorzy sprzedaży firmy farmaceutycznej. Jako absolwent zarządzania (bo dość przypadkowo zdobyłem niegdyś dyplom MBA) wiem też, że – przynajmniej w tej firmie farmaceutycznej, której nazwę przemilczę w obawie o procesy – najwyraźniej standardem jest piastowanie funkcji menedżerskich przez głęboko zakompleksionych ludzi. Ludzi, którzy nie są na tyle pewni swoich kwalifikacji, by twórczo wykorzystywać cudze.
