Kolejne rządy mogły sobie pozwalać na błędy i zaniechanie dotyczące kolei, bo zawsze miały chłopca do bicia: PKP. Ostatnio min. Nowak zapowiedział, że ten chłopiec znowu publicznie dostanie po pysku.

REKLAMA
Podróżni są wściekli na niesatysfakcjonujący standard usług kolejowych w Polsce, na likwidację części nierentownych połączeń, na subwencje państwowe dla PKP. Złość jest uzasadniona, ale najczęściej źle adresowana, bo tak naprawdę to uznać należy za cud, a raczej wielki sukces kolejarzy polskich, że przy tak rażących zaniechaniach państwa polskiego, kolej wciąż funkcjonuje. To kolejne ekipy rządzące ponoszą odpowiedzialność za rażące zaniedbania, bałagan kompetencyjny, zaniechanie realizacji wymogów prawa unijnego i elementarny brak dbałości o majątek publiczny.
Zarzutów co do standardu funkcjonowania kolei nie sposób rozpatrywać w oderwaniu od kosztów. Ceny połączeń kolejowych w Polsce są znacząco niższe niż w krajach UE, a co do subwencji państwowych, to różnice pomiędzy Polską a resztą Europy są olbrzymie. Wedle danych publikowanych przez CER (The Community of European Railway and Infrastructure Companies) wszystkie państwa Unii Eupejskiej subwencjonują kolej. O ile Niemcy przeznaczają na to 8 mld euro rocznie, Francuzi 10 mld euro rocznie, to w Polsce kwota ta ograniczała się do ok. 300 mln euro rocznie. Czy w świetle tych liczb nadal możemy oczekiwać, że jak postawimy kreskę na tym wstrętnym, monopolistycznym PKP, to wolny runek spraw, że po polskich torach będą jeździć punktualne i czyste pociągi kolei niemieckich? Czy aby na pewno Niemcy z zachwytem dorzucą kolejnych parę miliardów euro, bo u nas kolej funkcjonowała tak samo jak u nich? Oczekujmy jak najwięcej od PKP, ale dobrze pamiętać o pewnym amerykańskim powiedzeniu: nie spodziewaj się za usługę więcej, niż za nią zapłaciłeś.
Czy zaniechania polityków polegają głównie na tym, że dopłacają zbyt mało? Nie, ponieważ przede wszystkim nie ukończono restrukturyzacji PKP. Wspomnieć można choćby nie zrealizowaną do końca ustawę z 8 września 2000 roku o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji przedsiębiorstwa państwowego „Polskie Koleje Państwowe”. Ustawa ta nakazywała przekształcenie PKP w jednoosobową spółkę skarbu państwa, a także wydzielenie z niej poszczególnych podmiotów wyposażonych w niezbędną infrastrukturę. Podmioty wydzielono, ale do dziś dzień nie przekazano całego majątku. Zapału i konsekwencji starczyło na zrealizowanie jednej jedynej reformy – przerzuceniu na samorządy odpowiedzialności za deficytowe połączenia lokalne. Wydzielono spółkę Przewozy Regionalne, a jej jaktywa przekazano Urzędom Marszałkowskim. Jeden problem mniej – niestety, nie ostatni.
Odpowiedzialność za funkcjonowanie kolei w Polsce ponosi przede wszystkim rząd, tak samo jak za funkcjonowanie dróg i autostrad. Nikt nie oczekuje od rządu sponsorowania producentów samochodów, ale to przecież rządy winimy za fatalny stan dróg. Dokładnie tak samo rzecz się ma z odpowiedzialnością za drogi żelazne. Tyle, że każdy kolejny rząd z ulgą przyjmuje sytuację, w której zgrzytający na peronach pasażerowie złorzeczą PKP, kolejarzom. I to im minister Nowak dokopie zaraz ku uciesze pasażerów. Bo jakże ma się nie spodobać wywalenie całego zarządu, zmniejszenie jego liczebności, zapowiedź świeżej krwi. Notabene, pomysł świeżej krwi na kolei był już testowany kilka lat temu w Niemczech. W DB zatrudniono ekipę menedżerską, która odniosła sukcesy w Lufthansie. Okazało się jednak, że osoby bez doświadczenia kolejowego nie poradziły sobie – eksperyment się nie udał.
Minister Nowak albo cynicznie podlizuje się obywatelom tak chętnie przyglądającym się, jak ważnych prezesów bierze się za mordę i wyrzuca na bruk, albo naprawdę jest ignorantem. Bo na kolei nie potrzebna jest świeża krew, ale kompetencje. Pomysł, że najpierw wszystkich powyrzucamy, a potem na pewno będzie już lepiej – to absolutny brak pomysłu.