Społeczeństwo kretynieje nie za sprawą makiawelicznej propagandy rządu, ani spisku światowych koncernów. Kretynieje, bo najwyraźniej czytelnicy nie odróżniają już wiedzy od emocji, a blogerów od dziennikarzy.

REKLAMA
Gorzkiej satysfakcji dostarczyła mi lektura wywiadu z Wojciechem Orlińskim, który biadał nad upadkiem zawodu dziennikarza, a triumfem blogerów. Całkiem słusznie wskazywał przy tym, że blogerzy nie tworzą zazwyczaj wartościowej treści, której przygotowanie wymaga kompetencji, czasu, pieniędzy, itd. Czytałem wywiad z gorzką satysfakcją, bo sam pisałem mniej więcej to samo już wcześniej. Nie rzecz jednak w rywalizowaniu o palmę pierwszeństwa, ale o całkiem zaskakującą polemikę.
Otóż bowiem GW opublikowała polemikę jakiegoś rezolutnego dziewczęcia, które potraktowało Orlińskiego jak zgorzkniałego tetryka, i odpowiedziało mu chwacko, że dziennikarstwo nigdy nie miało się lepiej niż dziś! Przytoczyło kilka argumentów przemawiających za wyższością dziennikarstwa internetowego nad tradycyjnym, w tym ten jakże ważki, że w gazecie trudno pokazywać filmiki na YouTube. To żartem, bo całkiem serio pani Joanna Sosnowska dowodziła, że dzięki internetowi społeczeństwo nigdy jeszcze nie było tak dobrze poinformowane. Z dumą opisała gwiazdy polskiej blogosfery: Kominka, Segrittę, Fashionelkę, czy Kasię Tusk – zawiadamiając przy tym z satysfakcją, że im udaje się nieźle zarabiać na internecie (jakby na przekór mediom tradycyjnym, które zarabiają coraz mniej).
Sam w naTemat występuję jako bloger, i powinienem stanąć murem za panią Sosnowską, Segrittą, czy Kasią Tusk, a przeciw temu stetryczałemu Orlińskiemu. Miło byłoby się ogrzać w blasku sławy Kominka, ale niestety to Orliński ma rację, a polemika ukazuje bolesne stumanienie czytelników (bo nie sądzę, bo pani Sosnowska byłą w swych sądach odosobniona). Otóż, Segritta, Kasia Tusk a nawet sam Kominek w niczym nie wpływają na poziom poinformowania społeczeństwa – chyba że w kwestii oferty bluzek w H&M. Podobnie jak inni, w tej liczbie również ja, blogerzy publikują swoje opinie, spostrzeżenia, czy uwagi. Zwiększają więc objętność informacji dostępnej, ale mniej więcej na tak sposób, jak tworzy się wata cukrowa: wokół patyczka osadzają się przypadkowo porywane strużki rozpuszczonego cukru. Od zabiegu tego ani cukru nie ma więcej, ani nie smakuje on inaczej. Lubię falietony pisać i czytać, ale żeby one powstały, to trzeba wiedzy. Wiedzy, którą wcale nie łatwo w internecie znaleźć – bo wiedza to uporządkowane informacje, jakaś sekwencja faktów, ciąg logiczny, a potem konkluzje. Pani Sosnowska twierdzi, że społeczeństwo nigdy jeszcze nie było tak doskonale poinformowane, ale ja uważam, że jesteśmy permanentnie atakowani, wpisami, postami, memami, i inną cholerą, która dla swej skuteczności musi być intrygująca, dowcipna, śmieszna, ładna, straszna, głupia, błyskotliwa. Sądzę jednak, że dzisiejszy czytelnik spędzający przed komputrem wiele godzin dziennie może w istocie wiedzieć o świecie mniej, niż aptekarz z dziewiętnastowiecznego galicyjskiego zadupia, który czytał jedną, porządnie przygotowaną i zredagowaną gazetę, posiłkując się przy tym encyklopedią. Wprawdzie nie widział zdjęć trupów syryjskich dzieci, ale rozumiał lepiej o co tam chodzi, bo ktoś inteligentny poświęcił czas by tę wiedzę zdobyć, uporządkować, przedstawić. Czytelnik był ciekawy, więc można było spróbować przekazać więcej, niż tylko widok trupa dziecka i krzykliwy podpis.
Rolą dziennikarza jest zdobycie, sprawdzenie i uporządkowanie wiedzy, a jak winno to wyglądać, pokażę na przykładzie olanej w większości przez media niedawnej wizyty członków Rządu RP w kopalni węgla kamiennego. Otóż dwoje wicepremierów z okazji Barbórki zawitało na Śląsku, i złożyło deklaracje, że jeszcze przez wiele dekad węgiel będzie podstawą energetyki polskiej, a w związku z tym kopalnie winny planować inwestycje.
No cóż, pogardzane przez blogerów, konwencjonalne dziennikarstwo polegałoby na:
- przygotowaniu podstawowych informacji o polskiej energetyce i jej zapleczu węglowym
- zestawieniu tej sytuacji z realiami i zaleceniami UE
- przepytaniu opozycji, co sądzi o deklaracjach rządu
- przepytaniu niezależnych ekspertów rynku energetycznego (np. doradców od energetyki w bankach inwestycyjnych) co sądzą o pomysłach rządu i opozycji
- przepytaniu jakichś specjalistów np. z AGH, co do poziomu techniki w polskich kopalniach, poziomu bezpieczeństwa, zanieczyszczenia środowiska, szkód gorniczych. itp
- przepytaniu kogoś przytomnego z ZUS, na okoliczność kosztów ubezpieczeń górniczych
- możnaby do tego dodać jako wisienkę na torcie np. wypowiedź Jana Kulczyka który inwestuje właśnie miliardy w polską energetykę – musi mieć więc jakąś biznesową rachubę co do niej.
To wszystko zajęłoby sprawnemu dziennikarzowi jakieś 2 tygodnie, przy założeniu, że działałby w imieniu poważnego tytułu prasowego (Kulczyk rozmawiałby może z dziennikarzem Forbesa, ale dla Kominka chyba nie znalazłby czasu). Zresztą, czy Kominek, Segritta, czy Faszionelka byliby zainteresowani w ogóle takim tematem? Wiem oczywiście, że są także blogi gospodarcze, ekonomiczne, ale żaden z ich autorów nie poświęci tyle czasu, energii i pieniędzy, by taki jeden tekst przygotować - co najwyżej może polemicznie odnieść się do deklaracji wicepremierów, przedstawiając przy tym własny pogląd.
Po co o tym piszę? Czy po to by się wykłócać z jakąś panią Sosnowską, której na oczy nie widziałem. Nie. Po to, by dać wyraz szczeremu żalowi, że nigdzie w internecie nie znalazłem przy okazji Barbórki problemowego tekstu o perspektywach polskiego górnictwa węglowego. Nikt nie zatrzymał się nad deklaracjami dwojga wicepremierów, które przesądzają być może o powodzeniu polskiej gospodarki i środowiska naturalnego w perspektywie kilku dekad. ...Znaleźć można było za to sporo zdjęć nowej pani wicepremier w górniczym mundurze.