Jeśliby przyjąć, że postawę i charakter dziedziczymy po rodzicach, to ojcowie autorów „Resortowych dzieci” byli chyba szmalcownikami.
REKLAMA
Nie warto argumentować przeciwko tezom książki „Resortowe dzieci”. Sama konstrukcja tego dzieła jest taka, że każdy spontanicznie wyrabia sobie pogląd. Jedni przyjmują, że wyciąganie życiorysów (zmyślonych i prawdziwych) przeciwników politycznych jest obrzydliwe, podłe, głupie. Drudzy natomiast uważają takie zajęcie za pouczające, wartościowe i ekscytujące. Nie ma co przekonywać argumentami logicznymi, bo to kwestia przyzwoitości.
Mam jedynie apel do osób, czy raczej dzieci osób opisanych w książce, by pod żadnym pozorem nie dyskutowali z tezami zawartymi w książce, nie wchodzili w polemiki z jej autorami. Choć prawo obrony dobrego imienia jest świętym przywilejem, to rzecz jest chyba ważniejsza, niż wizerunek konkretnych osób. Tak się bowiem składa, że haniebnie zaatakowano osoby, które odniosły sukces zawodowy, posiadają pozycję towarzyską, są raczej zabezpieczone życiowo (materialnie). One mogą, co serdecznie im rekomenduję, odpowiadzieć tropicielom: a gówno Was obchodzi co robił mój tata, moja mama!
Tomasz Lis, Justyna Pochanke czy Monika Olejnik za żadne skarby nie powinni tłumaczyć nikomu, że ich rodzice nie robili tego, co w książce opisano. Bo tym samym sankcjonowaliby metody walki politycznej stosowane przez szmalcowników. Jeśli człowiek kulturalny i przyzwoity jest przedmiotem ataku, którego argumentem jest pochodzenie czy orientacja seksualna, to naprawdę nie wypada tłumaczyć wszystkim: ja naprawdę nie jestem gejem, Żydem, itp. Tak samo, moim zdaniem, nie powinno się tłumaczyć że ojciec czy matka nie byli prominentami, oficerami wywiadu, czy kimkolwiek innym.
Rzecz ma olbrzymie znaczenie, bo tym razem zaatakowano osoby o znaczącej pozycji, a co jeśli metoda się przyjmie. Jak poradzi sobie osoba młoda, bez pozycji, bez stabilnej sytuacji zawodowej? Ot, powiedzmy, że w małym miasteczku jest jakiś dziennikarz czy bloger, który narazi się miejscowemu proboszczowi, czy burmistrzowi. Jeśli ktoś go zaatakuje podnosząc, że on sam jest „pedałem”, a jego rodzice to „żydzi” i komuchy, to kto tego człowieka obroni? I jak, skoro on naprawdę będzie Żydem, a jego rodzice naprawdę byli kumuchami? Bo jeśli obrona przed homofobią polegać ma na tłumaczeniu: ja naprawdę nie jestem gejem, to jak ma się bronić gej?
Rzecz nie w demonstrowaniu poparcia czy sympatii dla zaatakowanych przez tę hołotę, ale w obronie pewnych podstawowych standardów. Dlatego, choć obrona prawdy i dobrego imienia jest przywilejem każdego człowieka, gorąco apeluję do opisanych w książce: odpowiedzcie zgodnym chórem - „A gówno Was to obchodzi, co robili i kim byli moi rodzice!!!” Dopuszczam, by każdy ten komunikat sformułował w formie bliższej swojej osobistj wrażliwości, ale treść pozostać musi ta sama: „A gówno was to obchodzi...”
P.S. Ja sam, przy zupełnie innej okazji opisywałem co robili mój ojciec i ojczym link, ale czytelnikom, którzy natchnieni publikacją Kani, Targalskiego i Targosza chcieliby o to zapytać, odpowiadam: A gówno was to obchodzi!
