Obrzędowy katolicyzm demoralizuje ludzi, bo pozwala jeszcze częściej i ciężej grzeszyć. Powierzchowne uczestnictwo w życiu religijnym spełnia taką rolę, jak noszenie bielizny wyszczuplającej.
REKLAMA
W Wielką Sobotę musiałem załatwić drobną rzecz: odebrać przedmiot kupiony przez żonę na portalu aukcyjnym. Sprzedająca zaznaczyła, że prosi o odbiór rano, bo chce jak najszybciej wybrać się ze święconką. Byłem wcześnie, odebrałem – sprzedająca pani przyjęła mnie w drzwiach, pospiesznie wręczyła paczkę i podziękowała za pośpiech, dzięki któremu może niezwłocznie udać się do kościoła. I pewnie jej szybciej udało się tam dotrzeć, niż mi wrócić do domu. Gdy moja żona rozpakowała paczkę przekonała się, że towar jest zniszczony, niezgodny z opisem. W pierwszej chwili ogarnęła mnie wściekłość – nie na ten bzdet wylicytowany przez żonę, ale na tę cholerną schizofrenię, która pozwala kontemplować męczeńską śmierć Chrystusa Zbawiciela, i jednocześnie oszukiwać na kwotę tak niską, że zdawałoby się – niewartą grzechu.
Znam argumenty znajomych księży, że mianowicie chodzenie do kościoła nie jest niestety równoznaczne z kroczeniem drogą świętości - wszak naiwnością jest oczekiwać, że każdy, kto przystępuje do sakramentów od razu przemienia się w anioła. Choć więc życie religijne nie gwarantuje sukcesów łatwych i natychmiastowych, to jednak do upragnionej świętości nas bezsprzecznie zbliża. Lepiej bowiem, byśmy pomimo swych grzechów - a nawet ze względu na nie – obcowali z sacrum tak, jak nam na to pozwala osobisty intelekt i wrażliwość.
Słyszałem te argumenty po wielokroć. Po dojrzałym namyśle uważam, że w większości przypadków są absolutnie nieprawdziwe. Nikt, może za wyjątkiem Jerzego Urbana, nie lubi myśleć o sobie, że jest świnią. Każdy potrzebuje odnajdować w sobie coś szlachetnego, coś, co pozwoliłoby mu nie przejmować się swoimi słabościami, świństwami jakie wyrządza bliźnim. Sposobem na pokonanie dysonansu pomiędzy tym, jacy jesteśmy, a tym, jak chcemy o sobie myśleć jest uczestnictwo w obrzędach kościoła. Obcujemy z sacrum, wypełniamy czynności przypisane w powszechnym (i naszym własnym) odbiorze z jakąś wrażliwością, moralnością, itp. Nawet więc, jeśli w codziennym życiu zachowujemy się nieprzyzwoicie, to zawsze możemy znaleźć w sobie jakiś pierwiastek dobra, piękna, mądrości. Nie uszlachetnia nas to jednak, a przeciwnie, sprzyja degeneracji. Dokładnie tak samo, jak noszenie wyszczuplających gaci – skoro jest coś, co pozwala nam wyglądać lepiej w oczach innych, i samemu łatwiej się akceptować, to z tym większą łatwością... obżeramy się dalej! Zamiast widzieć sprawy takimi, jak się mają, krzepimy się fałszywym spostrzeżeniem, że wcale tak źle nie jest! Dalejże więc pakować do gęby łakocie – jeśli będą to kremówki papieskie, to dowiedziemy przy okazji, że kroczymy śladami błogosławionego Jana Pawła II. Pokusa znacznie bardziej atrakcyjna, niż pożywianie się korzonkami sprzyjającymi ponoć ascezie.
Wielu kaznodziei zaleca rozważanie żywota i męczeńskiej śmierci Jezusa Chrystusa. Ja życzyłby sobie, byśmy z okazji Świąt Wielkiej Nocy pomyśleli po prostu o swoim własnym życiu. Nie gwarantuje nam to wprawdzie zbawienia, ale czyni nieco znośniejszym życie doczesne naszych bliźnich.
